czwartek, 8 czerwca 2017

W stronę Swanna, Marcel Proust

Na pewno znacie to przyjemne uczucie podczas lektury książki, kiedy przestaje Was obchodzić co się dzieje naokoło, kiedy czytane zdania zapierają dech w piersiach a w głowie jedyną myślą, która odrywa od lektury jest pewność, że właśnie obcujecie z arcydziełem. Strasznie patetycznie to brzmi, ale tak właśnie wyglądało moje spotkanie z pierwszym tomem "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta. Nie bójcie się tej powieści. Jest ona otoczona jakąś niezrozumiałą dla mnie legendą niedostępnej, kiedy w rzeczywistości to jest prawdziwa literacka uczta. Warto się za nią zabrać wiosną, kiedy łatwiej zrozumieć zachwyty nad kwitnącymi głogami czy smakiem szparagów. 

Nie wiem, ile jeszcze lat "W stronę Swanna" czekałoby na półce na swoją kolej, gdyby nie Nabokoviada Nai i Pyzy. Tym razem akcja czytania powieści omawianych w wykładach rosyjskiego pisarza cieszyła się ogromną popularnością, bo swoje wrażenia spisały też Olga i Lolanta, a żeby nie było zbyt kobieco o równowagę zadbał Zacofany w Lekturze, który co prawda wpisu nie popełnił, ale bez niego nie byłoby dyskusji w komentarzach. Koniecznie przeczytajcie, co nas tak głęboko poruszyło i dlaczego wszyscy (chyba mogę zrobić takie zbiorowe podsumowanie) zachwycamy się Proustem.  

Dzieło Francuza jest niezwykłe i wyjątkowe z wielu powodów, a jednym z nich jest obecność i znaczenie jakie odgrywa w nim sztuka, w tym oczywiście malarstwo. Proust bardzo często przy jego pomocy opisuje fizyczność i charakter postaci bądź całych scen. Nabokov twierdzi, że za tym zabiegiem stoją dwie racje: "Główna to oczywiście ta, że dla Prousta sztuka jest wyłączną wartą zainteresowania rzeczywistością. Druga racja jest bardziej prywatnej natury: opisując młodych mężczyzn, pisarz ukrywał swą wielką wrażliwość na męską urodę pod maską ogólnie znanych obrazów, opisując zaś młode kobiety, ukrywał pod tymi samymi maskami obrazów swój indyferentyzm wobec kobiet i swą niezdolność opisania ich uroku"(1). Dzięki temu na kartach powieści Proust wymienia podobno ponad stu malarzy tworzących na przestrzeni kilkuset lat. Eric Karpeles stworzył nawet album z obrazami wymienionymi w "W poszukiwaniu straconego czasu", który może być ciekawym uzupełnieniem lektury.

Nie byłabym więc sobą, gdybym nie podzieliła się z Wami moimi ulubionymi malarzami z kart "W stronę Swanna" Prousta. 

Jan Vermeer, Toaleta Diany, ok. 1655 r.,  w zbiorach muzeum Mauritshuis w Hadze

"Teraz, kiedy wrócił do swego stiudium o Vermeerze, powinien by się udać na kilka dni przynajmniej do Hagi, do Drezna, do Brunszwiku. Był przekonany, że pewna Toaleta Diany, którą kupił Mauritshuis na wyprzedaży Goldschmidta jako Nikolasa Maes, była w istocie Vermeerem. I byłby chciał móc na miejscu przestiudować ten obraz, by utrwalić swoją pewność"(2).
Źródło: commons.wikimedia.org


Obraz jest uznawany za jedno z dwóch młodzieńczych dzieł holenderskiego malarza i nie przypomina ani tematyką (scena mitologiczna), ani stylem, ani kompozycją tych najbardziej znanych. Proust wplótł w powieść prawdziwą historię. W 1876 r. obraz zakupiono jako dzieło Nikolasa Maesa i dopiero podczas restauracji odkryto sygnaturę Vermeera. Wątpliwości co do autorstwa rozstrzygnięto na początku XX w., chociaż alternatywnych teorii nie brakuje i dziś. Mnie w tym obrazie urzekają kolory, przede wszystkim żółcie i błękity a także wyjątkowa miękkość, jakby nałożony filtr fotograficzny łagodzący kontury. To dzięki tym elementom mogę uwierzyć, że to obraz Vermeera van Delft.

Charles Gleyre, Wieczór (Stracone złudzenia), 1843 r., w zbiorach Muzeum Orsay w Paryżu

"Czasami przez popołudniowe niebo przechodził księżyc, biały jak chmura, dyskretny, bez blasku, niby aktorka, która nie gra w tej chwili i która w zwykłej sukni patrzy z loży przez chwilę na swoich kolegów, chowając się w cień, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Lubiłem odnajdywać jego wizerunek na obrazkach i w książkach, ale – przynajmniej w pierwszych latach, zanim Bloch przyzwyczaił moje oczy i myśli do subtelniejszych harmonii – owe dzieła sztuki były bardzo różne od tych, w których księżyc wydawałby mi się piękny dziś, a w których nie byłbym go poznał wówczas. Była to na przykład jakaś powieść Saintine’a, jakiś pejzaż Gleyre’a, gdzie księżyc rysuje wyraźnie na niebie srebrny sierp, owe dzieła – jak moje własne ówczesne wrażenia – naiwne i niepełne. Gust mój ówczesny gorszył siostry mojej babki"(3).
Źródło: commons.wikimedia.org

Jak widzicie Proust nie opisuje dokładnie tego obrazu Gleyre’a. Francuski malarz, którego uznaje się za przedstawiciela akademizmu, zwłaszcza w swojej późniejszej twórczości dość często malował krajobrazy. Szczególnie upodobał sobie je w momentach zmiany o świcie bądź zmierzchu. Pośród wielu dzieł to właśnie w "Wieczorze" księżyc ma kształt sierpu.

Sandro Botticelli, Życie Mojżesza (albo Próby Mojżesza), 1481-1482, fresk w Kaplicy Sykstyńskiej w Rzymie

"Albo też patrzała na niego chmurnym wzrokiem, wówczas Swann oglądał twarz godną znaleźć się w "Życiu Mojżesza" Botticellego; przenosił ją tam, dawał szyi Odety właściwe nachylenie i kiedy ją tak całkiem namalował temperą w XV wieku na ścianach Sykstyny, myśl, że ona mimo to jest tu, przy fortepianie, teraz, że ją można całować i mieć, idea jej materialności i jej życia upajała go z taką siłą, że z błędnym wzrokiem, z żarłocznie napiętymi szczękami rzucał się na tę dziewicę Botticellego i zaczynał ją szczypać w policzki"(4).
Źródło: commons.wikimedia.org

Sandro Botticelli to jeden z malarzy szkoły florenckiej, bardziej znany dziś niż kilkaset lat temu. Przez prawie 300 lat mało kto pamiętał o tym włoskim lokalnym artyście, do czasu, gdy jego obrazy w połowie XIX w. dotarły do Anglii. "Wiosna" i "Narodziny Wenus" Botticellego weszły na stałe do kanonu światowego malarstwa, a wyidealizowany obraz kobiety stał się dla wielu wzorem piękna. Jest to tym ciekawsze, że gdy przypatrzeć się uważnie można dostrzeć zaburzone proporcje ciała, nienaturalnie smukłe ręce, zbyt opadające ramiona i wydłużone szyje. Mimo to, a może właśnie dzięki temu, nie można odmówić postaciom kobiecym Botticellego wdzięku. Swann kilkakrotnie porównuje do nich Odetę: do Wenus, Wiosny ale i Madonny, zwłaszcza gdy na jej twarzy króluje smutek i zmęczenie. Czyż jej postać nie jest właśnie nierealną, idealną kobietą, której urokowi nie można się oprzeć?
Na specjalne życzenie Zacofanego w Lekturze zbliżenie kobiety przy studni czyli Odeta jak żywa,  źródło: commons.wikimedia.org

Giotto, Miłosierdzie, 1303-1305,  jeden z fresków w kaplicy Scrovegnich w Padwie

"W roku, w którym jedliśmy tyle szparagów, dziewczyna obowiązana z urzędu skrobać je była to biedna, chorowita istota, dość daleko posunięta w ciąży, w chwili gdyśmy przybyli na Wielkanoc; dziwiono się nawet, że Franciszka pozwala jej tyle latać z posyłkami i tyle robić, zaczynała bowiem z trudem dźwigać przed sobą tajemniczy koszyk, z każdym dniem pełniejszy, którego dostojne kształty odgadywało się pod obszernym kaftanem. Kaftan ten przypominał opończe okrywające niektóre symboliczne figury Giotta, których pan Swann dał mi fotografie. To on zwrócił naszą uwagę na to i kiedy nas pytał o zdrowie pomywaczki, mówił: "Jak się miewa Caritas Giotta?"

Zresztą i ona sama, biedna dziewczyna, spulchniona przez ciążę aż do twarzy, aż do policzków, które zwisały proste i kwadratowe, dosyć była w istocie podobna do owych tęgich i męskich dziewic, raczej matron, w które cnoty upostaciowały się w Arenie. I zdaję sobie sprawę obecnie, że owe Cnoty i Przywary padewskie były do niej podobne jeszcze na inny sposób. Tak samo jak obraz tej dziewczyny urósł przez dodatkowy symbol, który nosiła przed swoim brzuchem – nie wyglądając na to, aby zrozumiała jego sens, i w niczym nie odbijając na swojej twarzy piękności i ducha tego symbolu – niby zwykłe i uciążliwe brzemię, tak samo, nie zdając się podejrzewać tego, potężna chłopka, przedstawiona w Arenie pod mianem Miłosierdzia, której reprodukcja wisiała w moim pokoju szkolnym w Combray, ucieleśnia tę cnotę, mimo iż żadne pojęcie miłosierdzia nie mogłoby się wyrazić w jej energicznej i pospolitej twarzy. Piękna myśl malarza każe jej deptać skarby ziemi, ale absolutnie tak, jakby deptała winogrona, aby z nich wycisnąć sok, lub raczej jakby wstąpiła na worki, aby wspiąć się wyżej; ofiarowuje Bogu swoje płomienne serce, a raczej, powiedzmy, podaje mu je tak, jak kucharka podaje korkociąg przez okienko z sutereny komuś, kto go zażąda z okna na parterze. (...)

Mimo całego podziwu, jaki Swann głosił dla tych figur Giotta, długo nie znajdowałem żadnej przyjemności w oglądaniu ich w naszym pokoju szkolnym, gdzie zawieszono kopie, które mi przywiózł, owo Miłosierdzie bez miłosierdzia (...). Ale później zrozumiałem, że porywająca dziwność, że swoiste piękno tych fesków wypływają z wielkiej roli, jaką gra w nich symbol; a to, że jest przedstawiony nie jako symbol (skoro nie wyraża usymbolizowanej myśli), ale jako rzeczywistość, jako coś w istocie doznanego lub traktowanego materialnie, dawało dziełu coś dosłowniejszego, ściślejszego, czyniło jego naukę konkretniejszą, wymowniejszą"(5).
Źródło: wikiart.org/en/giotto
Giotto jest jednym z najczęściej wymienianych malarzy w "W stronę Swanna". Pojawia się już na samym początku powieści ale także i na końcu. Powiecie, że to przede wszystkim dlatego, że jedna z bohaterek (pomywaczka) określana jest mianem "Caritas Giotta". W tym uwielbieniu geniuszu włoskiego malarza kryje się jednak coś więcej. Włosi uważali, że od niego zaczynała się kolejna era w malarstwie. Giotto nie tylko odkrył na nowo, jak na płaszczyźnie oddać iluzję przestrzeni. Zupełnie inaczej podchodził do przedstawiania scen niż jego poprzednicy. Widz miał mieć wrażenie, że jest bezpośrednim świadkiem wydarzenia, jakby oglądał sztukę w teatrze.  Na jego obrazach można podziwiać jedną postać kilkakrotnie w różnych sytuacjach: "niby obrazy Giotta ukazujące jedną i tę samą osobę w dwóch momentach: tu leżącą na łóżku, ówdzie gotującą się dosiąść konia"(6).  Przypomina mi to sposób w jaki Proust opisuje swoich bohaterów.

Powyższy wybór to zaledwia drobna część inspiracji, jakich dostarcza lektura Prousta. Już nie mogę się doczekać kolejnych tomów i odkryć. No i oczywiście Vermeera!

A jakie są Wasze inspiracje po lekturze?

(1) Nabokov V., Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s.302.
(2) Proust M., W stronę Swanna, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), Kolekcja Gazety Wyborczej , Warszawa 2004, s. 316.
(3) Tamże, s.144.
(4) Tamże, s.219.
(5) Tamże, s. 88.
(6) Tamże, s. 347.

Korzystałam również z "O sztuce" E.H. Gombricha, wyd. Rebis, Warszawa, wydanie II.

14 komentarzy :

  1. Fantazja :) Mnie się chciało obejrzeć tylko Odetę w wersji Botticellego (może warto, żebyś dołączyła zbliżenie tej postaci przy studni, ponoć Odeta jak żywa :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, więc dołączyłam. Odeta, Wenus, Wiosna, mam wrażenie, że one wszystkie wyglądają tak samo. ;)

      Usuń
    2. Nieee, chyba jednak się różnią. Ta wygląda trochę gapowato :)

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Ta wersja jest wyjątkowo gapowata, Wenus wygląda na przykład jak śnięta ryba, ale szyję mają taką samą!
      https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/b/b0/Venus_botticelli_detail.jpg/1200px-Venus_botticelli_detail.jpg

      Usuń
    5. Wenus nie jest śnięta, tylko świadoma swojej piękności, co ją czyni obojętną na wszystko :D

      Usuń
    6. Tak dziewiczo świadoma. ;) U Botticellego niektórzy młodzieńcy nawet wyglądają jak bliźniacy Wenus (o np. tu http://www.headforart.com/wp-content/uploads/2010/03/Botticelli-Portrait-of-a-Youth-Detail-face-1.jpg).

      A nie oglądałeś Cnót i Przywar Giotta? Zwłaszcza te ostatnie są interesujące. :)

      Usuń
    7. Młodzieniec faktycznie w tym samym typie co Wenus.
      Giotto rzeczywiście interesujący, ale jakoś ta surowość nie pasuje mi nijak do Prousta.

      Usuń
    8. A to mnie zaskoczyłeś. Surowe? Może takie sprawiają wrażenie bo to freski a Giotto zdecydowanie bawi się przy nich iluzją trójwymiarowości. Tak jakby najbardziej mu zależało na oszukaniu widza, że to rzeźby.
      No i Proust pisze o nich w fascynujący sposób!

      Usuń
    9. Surowe, przysadziste :) Kompletnie nie pamiętam tego fragmentu o nich.

      Usuń
  2. Ależ świetny pomysł na wpis! :-)

    Muszę przyznać, że do dzisiaj pamiętam rozczarowanie, kiedy na żywo oglądałam Wenus Boticellego. Miałam właśnie takie wrażenie: dziwne proporcje, niedopasowanie, to, co uczymy się cenić jako kanon oglądane z bliska wygląda specyficznie ;-). Ciekawe doświadczenie.

    A ten cytat z Nabokova mnie zastanowił w trakcie lektury. Bo to bardzo kategoryczne oświadczenie. Owszem, "męskie" imiona wybranek narratora mogą skłaniać też do takich odczytań, ale sposoby opisu kobiet przez sztukę -- czy też? Ja nie jestem do końca pewna (ale z chęcią o tym podyskutuję ;-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!

      Ja też siedziałam przed tym obrazem Botticellego i długo zastanawiałam się o co ten cały szum. :)

      Sama nie jestem przekonana do drugiej racji Nabokova. Wydaje mi się, że pierwsza ma większe znaczenie. I że Proust dzięki takiemu zabiegowi doopisuje świat przedstawiony. Zresztą sztuka to nie tylko malarstwo, w "W stronę Swanna" jest też bardzo dużo muzyki. No nie wiem... nie czuję się przekonana przez Nabokova, ale będę czytać Prousta dalej, więc może zgrabniej mi się ułoży jakaś cięta riposta. ;)

      Usuń
  3. Pyza mnie ubiegła w okrzyku: co za fantastyczny pomysł! :) Przyznam, że nie jestem specjalną entuzjastką sztuki i nie przyszło mi do głowy, aby szukać obrazów, o których pisze Proust, ale z wielką przyjemnością teraz je obejrzałam i skonfrontowałam z własnymi wyobrażeniami. Dziękuję! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i proszę!

      Uwielbiam malarstwo, więc jak tylko skończyłam lekturę powyciągałam albumy z półek. Ale przyznaję, że dopiero gdy skończyłam czytanie. Wcześniej tak byłam pochłonięta książką, że nie pomyślałam nawet o rozpraszaniu się. :)

      Usuń