Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Jak długo trzeba czekać na polskie tłumaczenie? - Man Booker Prize

Jak długo trzeba czekać na polskie tłumaczenie? - Man Booker Prize

W zeszłym tygodniu jury The Man Booker Prize ogłosiło tzw. długą listę czyli 13 nominowanych powieści, które pretendują do miana najlepszej w 2016 r. Nagroda uznawana jest za jedną z bardziej prestiżowych w obszarze anglojęzycznym. Zwycięzca oprócz sporej sumy pieniędzy otrzymuje również gwarancję rozpoznawalności na świecie. W Polsce powieści nagrodzone w ostatnich latach Bookerem radziły sobie całkiem nieźle. "Wszystko co lśni" Eleanor Catton i "Ścieżki północy" Richarda Flanagana może i nie pobiły rekordów popularności, ale można było je bez problemu dostać w księgarniach a wśród czytelników znaleźć sporo osób skłonnych do dyskusji. Zresztą nie tylko zwycięzcy korzystają na prestiżu nagrody. Często sam fakt nominowania, znalezienia się na krótkiej czy nawet długiej liście pomaga w przebiciu się do świadomości szerszego grona. A jeżeli krytycy i media rozkręcą wokół książki gorącą dyskusję, autorka czy autor rzadko mogą prosić o więcej. Obecnie korzysta z tego Hanya Yanagihara, której "Małe życie" niektórych męczy, niektórych zachwyca, ale czytają je prawie wszyscy prawie wszędzie. 

Nagroda Bookera przyznawana jest powieściom napisanym w języku angielskim, więc by móc sprawdzić czy jury ma rację, czytający po polsku muszą chwilę poczekać. Ile trwa ta chwila? Już nie raz spotkałam się z uwagami, ale też i z artykułami w prasie tradycyjnej podkreślającymi, że na niektóre pozycje z literatury światowej musimy czekać długo. Bardzo długo. Albo nie otrzymujemy ich wcale. Moja dociekliwa dusza postanowiła wykorzystać wolną chwilę i sprawdzić na przykładzie rzeczonego Bookera, ile to jest dokładnie.

Wędrowny robotnik, włóczęga, w Australii i Nowej Zelandii zwany "swagman" i chatka na drodze do Hokitika (miejsce akcji "Wszystko co lśni") autorstwa Thomasa Selby Cousins'a, 1875 r.
Źródło: National Library of New Zealand, natlib.govt.nz


Z góry zaznaczam, że jest to przede wszystkim zabawa. Sprawdziłam jedynie książki nominowane do nagrody Bookera w 3 ostatnich edycjach. Jako punkty odniesienia wybrałam lipiec, w którym ogłaszana jest długa lista nominowanych i październik, kiedy poznaje się zwycięzcę. Pamiętajcie, że nie są to daty ukazania się oryginalnego wydania. Nie można więc na podstawie tego przydługiego tekstu wyciągać zbyt uogólniających wniosków.
W poszukiwaniach polskich wydań bardzo pomocne okazały się czytelnicze portale lubimyczytac.pl i goodreads.com. Oba mają nawet daty przyszłych premier!

Drodzy, zacznijmy zatem od zwycięzców. Na powieści nagrodzone Bookerem w latach 2013-2015 polski czytelnik czekać musiał rok. A właściwie wciąż czeka bo premiera "Krótkiej historii siedmiu zabójstw" Marlona Jamesa zaplanowana jest na październik 2016 r. Czy tyle trwa średnio wydanie książki? Czy znaczenie tu ma fakt, że premiera zbiega się z datą ogłoszenia zwycięzcy kolejnej edycji? Czy to długo? Może Wy znacie odpowiedzi?

Jeżeli chodzi o książki z tzw. krótkiej listy nominowanych z edycji 2013 ukazały się dwie powieści "W poszukiwaniu istoty czasu" Ruth Ozeki i "Testament Marii" Colma Tóibína odpowiednio w sierpniu i wrześniu 2014 r. czyli 13-14 miesięcy po pierwszych Bookerowych ogłoszeniach (10-11 po zwycięzcy). Z długiej listy na rynek polski trafiło jedynie "Pięć okien z widokiem na Szanghaj" (w czerwcu 2014 r.).

oprac. własne

Z kolejnej odsłony (2014 r.) oprócz zwycięskich "Ścieżek północy" doczekaliśmy się z długiej listy "Orfeusza" Richarda Powersa (polskie wydanie: listopad 2014), powieści "My" Davida Nichollsa (luty 2015) i "Czasomierzy" Davida Mitchella (styczeń 2016). "Wstać znowu o ludzkiej porze" Joshua Ferris'a (marzec 2016) oraz "Nie posiadamy się ze szczęścia" Karen Joy Fowler (maj 2016) - obie z krótkiej listy - ukazały się najpóźniej. Zauważcie jednak, że w sumie aż 6 z 13 nominowanych książek możemy dzisiaj przeczytać po polsku.

oprac. własne

Zanim nadejdzie październik możemy poznać aż trzy powieści z edycji Bookera za 2015 rok. Do tej pory ukazały się bowiem "Na szpulce niebieskiej nici" Ann Tyler (listopad 2015), "Małe życie" Hanya Yanagihary (kwiecień 2016) i "Rybacy" Chigozie Obiomy (czerwiec 2016). Zanim westchniecie z rozczarowaniem, że na polskie tłumaczenia powieści z listy ogłoszonej tydzień temu przyjdzie nam czekać prawie 13 miesięcy (średnia liczba miesięcy od ogłoszenia długiej listy do polskiego wydania) przypomnijcie sobie tegoroczne premiery: "Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout (maj 2016) oraz "Eileen" Ottessy Moshfegh (marzec 2016). W ich przypadku matematyczna formuła pokazała ujemną liczbę. Warto też zwrócić uwagę, że z pozostałych nominacji jedynie "His bloody project" Graeme Macrae Burneta ukazał się w listopadzie 2015 r. (oryginał w jęz. angielskim), reszta wydana została po marcu tego roku, raptem kilka miesięcy temu. Nieślubny, który ze zdziwieniem śledził przez ramię moje rozpiski w arkuszu kalkulacyjnym, spytał się:  "A czemu nie ma jeszcze Coetzeego?". Otóż, drodzy Czytelnicy, światowa premiera tej książki zaplanowana jest dopiero na wrzesień.

oprac. własne

Rzut oka na trzy (a właściwie cztery) edycje Bookera nie napawa jakimś wyjątkowym optymizmem, trochę książek tłumaczonych jest na polski, trochę też trzeba na nie poczekać. Dla niezwykle dociekliwych pozostaje nauka i czytanie w oryginale (e-booki na pewno ułatwiają dostęp) bądź anielska cierpliwość.

Frankenstein, Mary Shelley

Frankenstein, Mary Shelley

William Bradford, Icebergs in the Arctic

Po powieść sięgnęłam dzięki stosikowemu losowaniu u Anii z Przeczytałam książkę. To jedno z moich postanowień noworocznych: czytać to, co już leży w domu. „Frankenstein” od dłuższego czasu spokojnie czekał w zakamarkach czytnika w katalogu, pewnie doskonale Wam znanym, „Klasyk. Trzeba przeczytać! Kiedyś...”. Tak, sięganie po książkę bardzo znaną jest trudne, bo to wdzięczny temat dla kultury zarówno wysokiej, jak i popularnej. Mamy więc filmy z Frankensteinem, seriale, muzykę, powieści. Wiadomo bez czytania, że będzie strasznie i prawie wszyscy zginą. Nic w fabule nie zaskoczy. I do pewnego stopnia tak było, bo jednak historia Mary Shelley zdołała mnie porwać i zauroczyć.

Victor Frankenstein miał szczęśliwe dzieciństwo, kochających rodziców i rodzeństwo oraz wiernego przyjaciela. Był ciekawy świata i głodny wiedzy. Chciał stworzyć coś wyjątkowego, pracował i uczył się ciężko i bez opamiętania, zaniedbując nawet kontakty z bliskimi. Kiedy jednak jego marzenie się spełniło, nie potrafił sobie z tym poradzić. Stworzył bowiem monstrum, które przerażało jego samego. Zniknięcie potwora potraktował jak wybawienie i ogromną ulgę, zupełnie nie przewidując konsekwencji. Jego dzieło wraca i w akcie zemsty zabija bliskich i kochanych Victora, w pewnym sensie doprowadzając także i do jego śmierci. Ten wątek „Frankensteina” jest bardzo znany. Groza, science-fiction, brak dalekowzroczności człowieka, niezdolność do przewidzenia mrożących krew w żyłach konsekwencji. Opowieść Mary Shelley jest jednak czymś więcej. Jest przede wszystkim historią o potrzebie miłości, bycia kochanym i odpowiedzialności za tych, którzy pojawiają się w naszym życiu. To niezwykle piękna i smutna powieść.

Istota, którą stworzył Victor, nie ma nawet imienia. I nie nadaje mu jej narrator ani autorka. Odrzucony od pierwszych chwil swojego życia musi się zmagać z wieloma nieprzyjemnościami. Nie umie mówić, nie rozumie tego, co się wokół niego dzieje. Nikt nie wytłumaczył mu, jak należy się zachowywać wśród ludzi, jak z nimi rozmawiać. Stwór, dzięki nieprzeciętnej inteligencji, uczy się tego wszystkiego sam metodą prób i błędów, obserwując innych. Instynktownie zwraca się ku ludziom dobrym, jest zafascynowany, jak nawet posiadając niewiele, potrafią dać sobie pocieszenie i wsparcie a także chwile radości. Uczy się też czytać. (Tu przyznaję, gorąco współczułam, gdy autorka w zestawie lektur inicjujących umieściła „Cierpienia młodego Wertera”). Niestety wszelkie próby zbliżenia się do kogokolwiek źle się kończą. Olbrzymia istota budzi przerażenie i nie potrafi przebić się przez ludzką barierę strachu. Ucieka, znowu się ukrywa, jednocześnie hołubiąc w sobie żal, ogromne pretensje, że jest skazany na samotność. Odnajduje swojego stwórcę, który też nie potrafi wyzbyć się uprzedzeń, nawet nie przychodzi mu na myśl, że stworzył istotę wrażliwą i pragnącą bliskości innych. To nie mogło skończyć się dobrze.

Frankenstein nie jest potworem od momentu stworzenia, staje się nim dopiero, kiedy mimo starań nieustannie spotyka się z ludzkim odrzuceniem i strachem. Nie miał przy sobie nikogo, kto mógłby mu wytłumaczyć, kto mógłby być jego pośrednikiem i przewodnikiem po świecie. Górę biorą nad nim złe emocje i kiedy zaczyna wyrządzać krzywdę innym, nie ma już dla niego ratunku. Jego stwórca Victor nie jest tylko ofiarą niepohamowanej złości, jest także jej przyczyną. Powieść Mary Shelley zasługuje na miano utworu klasycznego, po 200 latach od napisania jej przesłanie wciąż pozostaje niezwykle aktualne.

Frankenstein: Or, the modern Prometeus, Mary Wollstonecraft Shelley, ebook z domeny publicznej Project Gutenberg, data wydania 13 marca 2013. 
 
Źródło ilustracji: wikiart.com
Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger