Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Niezrecenzowane #2

Niezrecenzowane #2

W tym roku dość ciężko znaleźć mi czas na pisanie bloga. Mam jednak nadzieję, że przetrwacie ze mną tę chwilę słabości. Pracuję nad zaległymi wpisami, a dzisiaj mam dla Was kilka interesujących pozycji w jednym pakiecie. Będzie kobieco i muzycznie!

 

On, Zośka Papużanka

Książka nominowana do Paszportu Polityki za 2016 rok cieszyła się sporą popularnością w blogosferze. U mnie wywołała mieszane uczucia - postawiłabym ją na półce obok "Białej Riki" Magdaleny Parys. Historię Śpika i jego mamy czyta się przyjemnie, nie można autorce odmówić lekkiego pióra i poczucia humoru. Fantastyczne są fragmenty poświęcone szkole podstawowej lat 80-tych. Każdy kto to przeżył, nie będzie mógł powstrzymać uśmiechu. Dodatkowo Papużanka jako nauczycielka opisuje pedagogów bez nabożnej czci. Autorka też po mistrzowsku wyśmiewa tradycyjnie podręcznikowe podejście do literatury. To czemu marudzę? Bo powieść się w pewnym momencie rozpada. Nie wiem już czy jest ona historią mamy Śpika, czy może koleżanki chłopca - narratorki. Sam bohater znika pod koniec, staje się niewidoczny i przezroczysty, a przez to jego historia jest niedomknięta. Szkoda.

Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith

Książkę tę większość zaliczy do autobiografii i literatury non-fiction. Patti Smith opisuje historię swojego związku z Robertem Mapplethorpem od przypadkowego spotkania po ostatnie dni życia znanego dziś fotografa. Gdy się poznali, żadne z nich nie było sławne, razem więc uczyli się artystycznego świata Nowego Jorku, zdobywali doświadczenie i rozwijali swoją wrażliwość. Z jednej strony jest to obraz lat 70-tych z uwiecznionymi na nim wieloma sławnymi ludźmi: Hotel Chelsea, Janis Joplin czy gdzieś w tle Andy Warhol. Z drugiej strony to prosta historia wrażliwej dziewczyny i zagubionego chłopaka, ich uniesienia, wzloty i upadki, sukcesy i porażki, kłótnie i momenty szczęścia. Dzięki temu książka wielkiej gwiazdy rocka nabiera uroczej uniwersalności. Warto po nią sięgnąć.


Zespół Sleaford Mods na festiwalu ATP w 2016 r. Obraz namalowała podczas koncertu Gina Southgate. 
http://artistginasouthgate.weebly.com

 

Będziesz smażyć się w piekle, Krzysztof Owedyk

Nie czytam komiksów, ten jednak od początku zaintrygował mnie tematem a zewsząd spływały pozytywne opinie. Gdy do domu przyszła paczka, słuszność zakupu potwierdził okrzyk zachwytu: "Kupiłaś komiks Prosiaka?!". Właściwie wolę określenie powieść graficzna i do tej historii nadaje się ono idealnie. Główny bohater, muzyk z powołania, ojciec i mąż, rozpoczyna przygodę ze światem show biznesu. I wcale nie jest tak różowo jak oczekiwał. Problemy tylko narastają, w domu i w życiu zawodowym, a spodziewanych kokosów z tego nie ma. Jest to jednak historia z prawdziwym happy endem, w której każdy dostaje to, na co zasłużył. I można by się przyczepić, że to zbyt proste rozwiązanie. Znajdzie się też parę niedociągnięć w samej fabule (skąd żona ma pieniądze na wizyty u psychologa, skoro nie stać ich na okulary dla córki?), ale można je wybaczyć. Komiks jest przepięknie wydany, podzielony na rozdziały, jak płyta na kolejne utwory muzyczne. Do tego naprawdę dobrze narysowany, dynamicznie, mrocznie, tak jak na prawdziwym koncercie rockowym. Zachwycił mnie też perkusista mówiący gwarą śląską. Pozycja obowiązkowa dla fanów muzyki i miłośników powieści graficznej.


10 x ja

10 x ja


Właśnie minął rok odkąd istnieje blog. Pomyślałam, że nominacja od Eweliny z Cocteau&Co. do Liebster Award 2016 to świetna okazja na wpis okolicznościowy. Będzie więc o mnie i to dziesięć razy. A żebyście nie umarli przy okazji z nudów ułożyłam dla Was playlistę.

 

What’s a girl to do – Bat for Lashes


Nie mam samochodu. Na co dzień jeżdżę komunikacją miejską a gdy tylko pozwala na to pogoda przemieszczam się rowerem. Dużo chodzę na piechotę. Mam prawo jazdy i lubię jeździć samochodem, ale mieszkam w centrum miasta, gdzie parkowanie to jeden wielki problem. No i czas, który traciłabym na szukanie miejsca, mogę poświęcić na czytanie książki. Logiczny wybór.

 

Refused are fucking dead – Refused


Kiedy się wkurzę, słucham Refused. Miało być o punku więc i jest (pozdrawiam gorąco Radka). Szwedzki zespół swoje lata świetności ma już za sobą, ale ja pierwszy raz usłyszałam ich na festiwalu Primavera Sound w 2012 roku. I przepadłam. „The shape of punk to come” to płyta niezwykle energetyczna, pomaga mi rozładować złe emocje, zwłaszcza, gdy pracując, nie mogę tego zrobić w inny sposób (open space!) ale też daje mi niezłego kopa, gdy trzeba wycisnąć z siebie siódme poty podczas biegania. W sumie Refused są dobrzy na wszystko.

 

Mission Statement - Weird Al Yankovic


Przyznaję, że gdybym wymyślała wszystkie 10 faktów sama, ten punkt by się nie pojawił. Wychodzi na to, że Ewelina ma rację i jestem skryta. Ale gdy powiedziało się A trzeba powiedzieć B więc zdradzę Wam, co robię na co dzień. Pracuję w dużej międzynarodowej firmie w finansach. Przychody, koszty, marża, zysk przed opodatkowaniem, raporty, analizy, excele i powerpointy to pojęcia, które towarzyszą mi przez osiem godzin dziennie a czasem i dłużej. W dodatku wszystko po angielsku i w międzynarodowym towarzystwie. Odbywam więc tele- i wideokonferencje, używam maili i komunikatorów. Rozmawiam ze współpracownikami w Pradze, Ljubljanie czy Londynie. Ot, tyle. Czy lubię swoją pracę? Tak. Staram się jednak zachować do tego zdrowy dystans. Nie zbawiam przecież świata, a poza biurem można robić tyle ciekawych rzeczy. Na przykład czytać książki.

 

Szczecin moje miasto – Bogdan Kryś

http://sedina.pl/wordpress/index.php/2006/05/09/bogdan-kry-szczecin-moje-miasto/

Dla niektórych to nie będzie niespodzianką: Szczecin to jest moje miasto. Mogłabym pisać i pisać dlaczego, jakie jest wspaniałe i zielone. Trochę skrzywdzone przez historię i polityków, itp., itd. Zamiast tego jednak proszę Was, żebyście posłuchali piosenki Bogdana Krysia. Co z tego, że czasem fałszuje, jest przecież uroczy. Jak moje miasto.

 

An Accident – Kristen


Z mojego miasta pochodzi świetny zespół rockowy Kristen. Panowie też już nie mieszkają na Pomorzu Zachodnim, ale wciąż robią fantastyczną muzykę. Ich ostatnia płyta „Las” przebiła się nawet do mainstreamowych mediów. Chociaż ja wolę ich starsze utwory. Ale, ale... ja w sumie nie o tym chciałam pisać. Tym pięknym wstępem próbuję odwrócić Waszą uwagę. Jestem złośliwa. Dziesięć faktów o mnie bez tego punktu byłoby jedną wielką ściemą. Cóż mogę dodać więcej. Niektórzy znoszą to lepiej, niektórzy gorzej. Ja przez lata nauczyłam się, że nie jest to cecha, którą należy się chwalić, zwłaszcza przed nowo poznanymi osobami. Mimo wszystko nie zawsze udaje mi się ją ukryć (patrz wpis o Leonie).

 

Tramwaj – Drekoty


Lubię podróżować. A właściwie wyjeżdżać z miejsca, gdzie mieszkam i przyjeżdżać tam z powrotem. Przemieszczam się głównie korzystając z samolotu, pociągu lub roweru. Od kilkunastu lat mam stałe noworoczne postanowienie. Pojechać tam, gdzie mnie jeszcze nie było. I nie musi to być pustynia Atakama w Chile czy Lizbona. Może to być wieś na Mazurach albo ruiny kościoła w Trzęsaczu.

 

Machine Gun – Portishead


Marzyłam kiedyś, żeby zostać przewodnikiem. Właściwie łączy się to z punktem poprzednim. Swoją pierwszą wycieczkę zaplanowałam w wieku 12 lat. Przegoniłam rodzinę na piechotę od placu Bastylii do Łuku Triumfalnego. Był to pierwszy i ostatni dzień w Paryżu, w którym ja dowodziłam. W kolejnych rodzina zapowiedziała, że jeszcze im kończyny znikną w tylnej części ciała i zarządziła podróże metrem. Był to zresztą szczególny rok, bo oprowadzałam też koleżankę mojej babci po Szczecinie serwując jej różne anegdotki i szczegóły dotyczące oglądanych budynków. Nie było wtedy jeszcze ładnej filharmonii ani odremontowanych bulwarów nad Odrą. Mnie to jednak nie przeszkadzało, bo właśnie kończyłam przygotowania do konkursu wiedzy historycznej o mieście, więc wszystko, co mijałyśmy, wydawało mi się potwornie interesujące. Wycieczka urosła do rangi rodzinnej legendy a babcia z koleżanką wspominają ją do dziś.

P.S. Wiecie, że Katarzyna Wielka urodziła się w Szczecinie? ;)

 

Blackstar – David Bowie


Jestem fanką Gwiezdnych Wojen. Moja przygoda zaczęła się od pierwszych części (patrząc chronologicznie) nagranych z niemieckiej telewizji na kasety VHS. Do dziś zastanawia mnie, jak mogłam zachwycać się filmami nie rozumiejąc języka. Ale mogłam! Z resztą „Möge die Macht sein mit Dir” albo „Luke, ich bin dein Vater”  brzmią cakiem nieźle. Potem oczywiście przyszedł czas na reżyserskie wersje w kinie i nieszczęsne epizody I-III. Na ścianie pojawił się plakat a na półce Jar-Jar Binks. Z niektórych rzeczy wyrosłam, ale sentyment pozostał. Tak duży, że udało mi się nim zarazić Nieślubnego i dzięki temu zamieszkał z nami BB-8 i razem śledzimy wątki zapożyczone od Kurosawy (np. z „Ukrytej fortecy”). Przeraża mnie jedynie Star Wars Christmas Special...

 

The end of radio - Shellac


Jestem totalnym beztalenciem, jeżeli chodzi o jakiekolwiek kwestie nazwijmy je artystyczne. Chociaż uwielbiam sztukę, zwłaszcza malarstwo, nie potrafię nawet narysować kota czy psa a moje kwiatki są mocno koślawe. Podobnie jest z muzyką. Nie dotykam żadnych instrumentów a karaoke ze mną to droga przez mękę. Jedyne co mnie ratuje to fakt, że zdaję sobie z tego sprawę.

 

The words that maketh murder - PJ Harvey


Blogowanie zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Nie sądziłam, że starczy mi entuzjazmu na cały rok, że poznam dzięki temu tylu świetnych ludzi, z którymi będę mogła rozmawiać (wirtualnie i na żywo) nie tylko o książkach. Bardzo Wam dziękuję za to, że tu zaglądacie i za inspirację do lektur i rozmyślań. Jeżeli nie jesteście zaskoczeni wieloma z powyższych dziesięciu punktów to dlatego, że znacie mnie lepiej niż Wam się wydaje.

Fot. Estée Janssens, unsplash.com
Nobel dla Dylana - back to basics?

Nobel dla Dylana - back to basics?


Podoba mi się tegoroczny literacki Nobel. Podoba mi się to, że nie dostał go autor wielostronicowej powieści i podoba mi się to, że dostał go piosenkarz. Od dawna gdzieś tliło się we mnie przekonanie, że niektórzy „tekściarze” to poeci z krwi i kości. Mówiący językiem niewydumanym i zrozumiałym dla wielu, a jeszcze do tego w niezwykle przyjemnej dla ucha formie. Niedoceniani, zauważani przede wszystkim przez ludzi, którzy kochają muzykę. Ciekawe, że właśnie w tym środowisku, wśród artystów i dziennikarzy, Nobel dla Boba Dylana spotkał się ze zrozumieniem. I nie chodzi o to, że muzyce oddano to, co jej się należało, jak pisał Bartek Chaciński. Jest wiele innych nagród, które stworzone są by podkreślić ważną rolę muzyki. Chodzi o to, że osłuchani z Bobem Dylanem doskonale wiedzą, że jest średnim gitarzystą i takim sobie wokalistą, a siła jego twórczości tkwi właśnie w słowach. 

Oczywiście, że piosenki to nie poezja. Tak z czystej definicji i nie ma co na siłę udowadniać, że to jedno i to samo. Muzyka w piosence jest ogromnie ważna i osobiście sądzę, że teksty bez niej tracą. Czasami więcej, czasami mniej. Z Bobem Dylanem sytuacja jest wyjątkowa, bo jego teksty w większości bronią się  bez niej. To nie jest proste, tak operować słowami by stanowiły całość z muzyką, a jednocześnie mogły istnieć i bez niej.  Dylan pisze też wiersze i poematy, ale nie za to dostał Nobla. Dostał go za tę wielowymiarowość piosenkowych tekstów.  

Trochę przewrotnie moją ulubioną piosenką Boba Dylana jest „I’m not there”, utwór powstały w 1967 r. i niepublikowany przez lata. Ukazał się dopiero w 2007 r. na ścieżce dźwiękowej do filmu o tym samym tytule. Ponieważ sam Bob Dylan nigdy nie wykonał tego utworu na żywo, jego dokładny tekst pozostaje tajemnicą. W oryginalnym nagraniu ciężko rozpoznać niektóre słowa, prawdopodobnie dlatego, że Dylan improwizował. Piosenka ma więc w sobie wszystkie zalety i wady tekstu powstającego pod wpływem chwili. Pewien temat, nie do końca jasną historię, wręcz niekompletną, do tego powstałą z zabawy słowem i muzyką, ich dopasowaniem i niedopasowaniem. Dylan szuka znaczeń słów, daje się im prowadzić. I zostawia słuchacza z domysłami o czym tak właściwie śpiewa. O miłości, śmierci, zdradzie czy opuszczeniu? 

Moja ulubiona piosenka w moim ulubionym wykonaniu zespołu Sonic Youth. Ci którzy czytali „Dziewczynę z zespołu” zgodzą się ze mną, że akurat Thurston Moore może dokładnie wiedzieć, o czym jest ten tekst. ;)


Patrząc na dyskusję, która rozpętała się wokół Nobla, nie zdziwiłabym się, gdyby Dylan podśpiewywał sobie pod nosem „I’m not there”. On nie potrzebuje tej nagrody i jest sporo prawdy w internetowych żartach, że powinien ją dostać w odrębnej kategorii, po prostu za bycie Bobem Dylanem. Tradycyjna literatura potrzebowała pewnie tego Nobla bardziej. Szwedzka Akademia w jakiś sposób też, bo przynajmniej pozbyła się zarzutów, że nie nagradzają popularnych osób i są bandą skostniałych starców. Dla mnie ten Nobel jest potwierdzeniem, że trzeba mieć otwarte serce i umysł, słuchać i patrzeć, bo dobre teksty i ważne opowieści można znaleźć wszędzie. Niekoniecznie na papierze. 

P.S. Jedyne czego żałuję to że Bob Dylan nie jest kobietą. On albo któryś z pozostałych tegorocznych laureatów. 

Zdjęcie pochodzi ze strony rogerebert.com. Przedstawia aktorów grających w filmie "I'm not there" sześć postaci inspirowanych Bobem Dylanem.

Dookoła książek i nie tylko - prasówka tydzień 23

Dookoła książek i nie tylko - prasówka tydzień 23

W biegu między festiwalem (pamiętajcie, że Big Book Festival jest też w internecie) a przygotowaniami do kolejnego meczu, zajrzyjcie co takiego wydarzyło się dookoła książek:
  • Bank of England pokazał, jak będą wyglądały nowe banknoty. Na dziesięciu funtach od 2017 roku znajdziemy Jane Austen. 
  • Skowronki vs. sowy. Poranne wstawanie czy siedzenie po nocach. I czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla procesu pisania? Fantastyczne grafiki i ciekawa opowieść o pisarzach i ich nawykach znajdziecie na Brainpickings.
  • Powoli zbliża się lato czas więc na festiwale! U naszych sąsiadów za Odrą też się dzieje. W Heidelbergu, mieście literatury, odbywa się właśnie Literaturcamp, a w poniedziałek rusza w internecie pierwszy festiwal online poświęcony kryminałom: Krimiwoche. Jeżeli język niemiecki Wam niestraszny, zajrzyjcie! 
  • A jeżeli już wspomnieliśmy o pisarzach... co robią, gdy nie piszą? Andrzej Stasiuk na pewno się nie nudzi i Wy też nie będziecie patrząc na efekty. Na stronie tutajfilm.pl możecie obejrzeć eksperyment filmowo-muzyczny. Intrygujące połączenie obrazu, dźwięków i słów o Beskidzie Niskim. Stasiuk w roli narratora. 17 czerwca twórców będzie można spotkać w warszawskiej NINie.

Zdjęcie tygodnia:  Biblioteka Richelieu-Louvois, Paryż.
Źródło: http://cdn.hiconsumption.com

Dookoła książek i nie tylko - prasówka nr 14

Dookoła książek i nie tylko - prasówka nr 14


Na wiosenny, choć niezbyt pogodny weekend przygotowałam pakiet ciekawostek z sieci:
  • Bookriot zebrał blogi, których autorzy gotują potrawy z książek. Głodni?
  • W The Guardian przeczytacie obszerny tekst o PJ Harvey i jej ciekawych projektach z ostatnich lat: podróżach, wierszach, instalacji artystycznej i długo wyczekiwanej płycie. 
  • Znowu o Szekspirze? Tak, znowu! W końcu to jego rok. Tym razem mam dla Was informacje o testamencie Will'a, zdjęcia, także w podczerwieni i dokładną analizę, czego możemy się na jego podstawie dowiedzieć.
  • Urodzony w Iraku artysta Wafaa Bilaal właśnie kończy swój projekt-instalację 168:01 w Art Gallery of Windsor w Ontario w Kanadzie. Dzięki wsparciu odwiedzających i darczyńców z całego świata puste białe tomy są zastępowane przez książki, które po zakończeniu wystawy zostaną wysłane do Bagdadu. Stolica Iraku została pozbawiona w 2003 r. bogatej i znanej na całym świecie w biblioteki. Właśnie zaczyna się jej odbudowa.


Zdjęcie tygodnia: Biblioteka Parlamentu, Ottawa, 1900 r.
Zdj. Alexander W. Galbraith, źródło: commons.wikipedia.org


Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger