Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Dygot, Jakub Małecki

Dygot, Jakub Małecki

„Dygot” nie jest taki, jak oczekiwałam. Myślałam, że to debiut Jakuba Małeckiego, a okazało się, że nie. Utkwiło mi w głowie, że to powieść o inności i tolerancji (pewnie ze względu na postać jednego z bohaterów, który jest albinosem), a tylko częściowo. Nie ma to jednak znaczenia, to książka dobra, ciekawa i warta przeczytania. 

Wiktor, urodzony tuż po wojnie w rodzinie Łabendowiczów, albinos, jest niewątpliwie najbardziej charakterystyczną postacią powieści. Trudno się zresztą dziwić, jego drastyczna inność musi wywoływać silne emocje i to nie tylko u zabobonnych, niewykształconych sąsiadów, ale początkowo nawet wśród rodziny. Zresztą sam Wiktor, mimo posiadanej wiedzy, że albinizm to po prostu choroba, w końcu ulega, poddaje się wewnętrznym i zewnętrznym demonom. Autor bardzo umiejętnie łączy w tej postaci to, co wyjaśnialne (inność, lęk przed nią, zachowania które wywołuje) z tym, czego do końca wytłumaczyć się nie da: rozmytym jak to nazywa w powieści (złem, wewnętrznym strachem, przeznaczeniem?). 

Ale Wiktor nie jest jedynym bohaterem „Dygotu”. Powiedziałabym nawet, że nie jest głównym bohaterem. Powieść Małeckiego to historia dwóch rodzin Łabendowiczów i Geldów, obejmuje kilka pokoleń od lat przedwojennych po XXI wiek. Wydarzenia polityczne są ledwie zarysowane i stanowią mgliste tło dla ludzkich losów. To co jest bardzo ważne to miejsce, ziemie, wsie, małe i większe miasteczka, w których bohaterowie rodzą się, mieszkają, cierpią aż w końcu umierają. Małecki stosuje w swojej powieści wiele klamr i jedną z nich jest Piołunów, wieś, w której zaczyna się opowieść i gdzie umiera Jan Łabendowicz, jego syn Wiktor i gdzie pod koniec dociera wnuk Sebastian. „Dygot” jako saga rodzinna bardzo mocno związana z miejscem, ziemią jest podobna do „Dracha” Szczepana Twardocha. Nie martwcie się jednak, nie jest to ani irytujące, ani rażące podobieństwo. Raczej ciekawe. Powieści te zdecydowanie więcej różni, a przede wszystkim to, że Małeckiego czyta się bardzo dobrze, zaś Twardoch potwornie nudzi. 

Stanisław Dróżdż, Między 1977 r.
Źródło: culture.pl


Wracając do „Dygotu”, zdecydowanie największą zaletą tej powieści jest to, że bardzo mocno angażuje czytelnika. Mniej więcej do połowy albo dwóch trzecich ciężko jest się od niej oderwać, brakuje tchu, ciarki przechodzą po plecach, a na przedramionach włosy stają dęba. Małecki świetnie utrzymuje napięcie. Przyznaję, że dawno polska powieść mnie tak nie wciągnęła. Gdybym pisała tę recenzję zaraz po lekturze, w tym miejscu byłaby dużo bardziej entuzjastyczna. Jednak im więcej czasu upływa, tym mocniej się zastanawiam co z tej emocjonalności wynika, czy wnosi coś do powieści, jej odbioru przez czytelnika? I wciąż mam wątpliwości. Podkreślę jeszcze raz, że jestem pełna podziwu dla kunsztu Małeckiego, bo mimo mojego sceptycyzmu, udało mu się mnie wciągnąć i naprawdę momentami brakowało mi tchu. A wolę to niż nudy Twardocha. Skąd więc to lekkie marudzenie i to jeszcze przy największej zalecie tej powieści? Otóż Małecki zsyła na Łabendowiczów i Geldów masę nieszczęść. Dręczą ich koszmary, choroby i potworne wypadki. Okrucieństwa, które spotykają Wiktora są tylko częścią okropieństw, które dotykają obie rodziny. Niektóre ściągają na siebie sami, dopuszczają się nawet zabójstw, ale większość spada na nich niczym plagi egipskie. Napięcie autor umiejętnie podsyca konstrukcją powieści. Duże rozdziały podzielone są na części, z których większość kulminuje się wokół nieszczęścia. Po czym mamy chwilę zawieszenia, trochę pustej kartki, kolejna część rozpoczyna się od spokojnej opowieści o czymś innym i dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się o mniej bądź bardziej smutnych następstwach. Gdy mniej więcej w połowie powieści, piorun trafił w konia o imieniu Pies, wykrzyknęłam na głos coś w stylu: „No nie! I koń też?!”. Wciąż zastanawiam się czy to nagromadzenie nieszczęść, które spotyka obie rodziny służy czemuś jeszcze niż z jednej strony odrealnieniu życia z drugiej zaś ukazaniu jego kruchości? I czy nie można było osiągnąć zbliżonego efektu bardziej oszczędnymi środkami? A może jest to po prostu sposób na emocjonalne zaangażowanie czytelnika? Przyznaję, nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi do dzisiaj. 

Bardzo ciekawą postacią jest w powieści Sebastian, syn Wiktora Łabendowicza i Emilii Geld. Właściwie nie spotyka go bezpośrednio żadne nieszczęście. Naturalnie pośrednio tak, bowiem cierpią jego bliscy. Ojciec zginął zanim się urodził, matka Emilia w wyniku wypadku w dzieciństwie całe ciało miała pokryte bliznami, a potem wykryto u niej nowotwór. Jednak to Sebastian, owoc miłości dwóch najbardziej nieszczęśliwych bohaterów, wydaje się w pełni korzystać z życia. Nie marnuje żadnej okazji, by sobie dogodzić, a że jego wejście w dorosłość zbiega się w czasie z przełomem politycznym w Polsce (ledwo zarysowanym) ma ku temu sposobność. Szkołę kończy, ale sporo czasu spędza na podwórkach, pije, handluje sterydami. Gdy wydaje się, że otrzeźwiał, wyjeżdża na studia do Poznania i odbywa staż w banku. Ale Sebastianowi nie jest pisane spokojne i uczciwe życie. W pewnym sensie ma dar dostrzegania okazji tam, gdzie nie widzi ich nikt inny i nie ma żadnych skrupułów, by je wykorzystać. Z banku odchodzi sam, po tym jak kradnie pół miliona złotych wrabiając swojego szefa. Nie ponosi żadnych konsekwencji. W sumie mogłoby się wydawać, że okropna to postać. I znowu autor świetnie gra na emocjach czytelnika, bo w jakimś sensie, po tych wszystkich nieszczęściach, które spotkały jego rodzinę czy można się dziwić, że Sebastian wybiera życie utracjusza? Poza tym to właśnie jemu przypadnie bardzo ważna rola rozwiązania mrocznej tajemnicy śmierci ojca, Wiktora. 
 Stanisław Dróżdż, Początekoniec 1977-1995.
Źródło: magazyn.o.pl


Jakub Małecki napisał dobrą powieść, choć nie nazwałabym jej genialną. Wciąż mam wątpliwości czy nie za bardzo pogrywa sobie z emocjami czytelnika, ale nie bójcie się po nią sięgnąć. Nawet jeżeli nie powali Was na kolana, to raczej Was nie wynudzi.


Żeby nie było śladów, Cezary Łazarewicz

Żeby nie było śladów, Cezary Łazarewicz

„Nie ma w tej książce niczego, co po jej zamknięciu dodawałoby otuchy. Nie potrafiłem znaleźć happy endu” 
Cezary Łazarewicz, „Sztuka kłamstwa w PRL-u”, Magazyn Książki Nr 1 (20) marzec 2016.

Matka z zabitym dzieckiem, Andrzej Wróblewski, 1949 r.

Chciałam napisać Wam o tej książce już od dawna, od premiery w lutym. Jej recenzję miałam ułożoną w głowie prawie zdanie po zdaniu, ale kiedy siadałam do komputera nie byłam w stanie wydusić z siebie więcej niż dwóch akapitów. Za każdym razem nowych i mocno niedoskonałych. „Żeby nie było sladów” jest jednym z lepszych reportaży jakie przeczytałam, więc nie mogę o nim nie napisać na blogu. Poniżej kilka słów o tym, że Wy też powinniście go przeczytać.

Książka Łazarewicza jest jak film Hitchcocka, zaczyna się od trzesięnia ziemi i trzyma w napięciu do ostatnich stron. Grzegorz Przemyk w 1983 roku miał 19 lat. Został pobity przez policjantów tak brutalnie, że zmarł kilka dni później w wyniku odniesionych obrażeń. Winnych nigdy nie ukarano. Cezary Łazarewicz odtwarza z niezwykłą precyzją nie tylko to, co wydarzyło się tego feralnego dnia, ale także kolejne tygodnie, miesiące i lata. Opisuje najbardziej prawdopodobny przebieg wydarzeń, jak Przemyka odwieziono na pogotowie, jak wypisano do domu i jak kilka dni później znalazł się w szpitalu, gdzie lekarze nie zdążyli go już uratować. Niezwykle obrazowo przedstawia jak powoli sprawa trafia na coraz wyższe szczeble władzy aż ląduje na biurku samego Kiszczaka. I jak zaprzęga on ogromną machinę państwową tylko i wyłącznie po to, by nie dopuścić do ukarania winnych. To nie była sprawa polityczna, a mimo wszystko milicjanci stali się nietykalni. Przez około rok od tragicznej śmierci zadbano o to, by oczernić pracowników pogotowia, wymyślano nieprawdopodobne historie, śledzono każdy krok wszystkich, którzy w tych ostatnich chwilach byli z Przemykiem. Łazarewicz wspomina, że dzięki temu, a właściwie przez to, musiał przerbnąć przez tony dokumentów. Niektórych nic nie wnoszących. Wykonał tytaniczną pracę, porozmawiał z wieloma osobami, próbował dotrzeć do wszystkich i choć czasem spotkał się z odmową, nie ulega wątpliwości, że ta książka jest świetna.

Cezary Łazarewicz nie unika osobistego tonu, jest obecny jako reporter próbujący dojść prawdy. Zwierza się czytelnikowi z kłopotów, czasem z wątpliwości. Jak mówił w wielu wywiadach, traktował tę książkę jako odpowiedź na wezwanie matki Przemyka. Barbara Sadowska i historia jej życia są zresztą świetnym uzupełnieniem głównego wątku. Doskonale wykorzystanym przez autora do pokazania losów kobiety, którą tak mocno doświadczył los, ale także dla zaprezentowania czytelnikowi szerszego planu tamtych czasów.

Warto sięgnąć po tę książkę, chociaż nie jest to łatwa lektura. Przez jej kartki przewijają się nazwiska osób wciąż aktywnych w polskim życiu publicznym, a Łazarewicz nie zatrzymuje się na latach 80-tych, ale opisuje też przełom lat 90-tych, jakie konsekwencje dla niektórych polityków miało wyjście tej sprawy na jaw. Przedstawia też procesy, w których po latach bezskutecznie próbowano ukarać winnych. Zresztą, ciekawych fragmentów, fascynujących postaci pierwszo- i drugoplanowych, zwykłych ludzi, którzy od początku wiedzą, co jest dobre i takich, którzy muszą dojść do tego krętą drogą, ale też i wyrafinowanych cyników jest w tej opowieści wiele. Porządna lekcja trudnej historii.

Źródło ilustracji: wyborcza.pl

Śmierć w Amazonii, Artur Domosławski

Śmierć w Amazonii, Artur Domosławski

Artur Domosławski jest w Polsce niekwestionowanym autorytetem w sprawach Ameryki Łacińskiej. Nie wiem czy jest drugi reporter, który poświęcił tyle czasu na podróże na ten piękny kontynent. I to nie jakieś tam wycieczki, ale wyprawy w głąb puszczy, w miejsca, w które zwykli ludzie się nie zapuszczają. Nie da się przecenić wiedzy i doświadczenia, a także wrażliwości jaką zdobył rozmawiając z mieszkańcami Argentyny, Meksyku czy Peru. Jego “Gorączka latynoamerykańska” i teksty publikowane w prasie są obowiązkową lekturą, dla każdego, kto chce się o tym regionie świata dowiedzieć więcej. “Śmierć w Amazonii” wydana w 2013 roku nie jest złą książką, ale jest niebezpieczna.

Właściwie są to trzy reportaże poruszające ważne kwestie dotyczące puszczy amazońskiej: wycinkę drzew w Brazylii, wydobywanie złota w Peru i ropy w Ekwadorze. W pierwszym Domosławski przedstawia jak interesy nie tylko wielkich koncernów, ale też i różnych światowych przemysłów ogniskują się na tym przepięknym obszarze. Bo musicie wiedzieć, że drzewa w Amazonii wycinają nie tylko lokalni bonzowie, by zdobyć tereny pod hodowlę bydła, nie tylko by wyeksportować drewno dobrej jakości, z którego potem powstają meble, ale też wypala się z nich węgiel drzewny, z którego korzystają lokalne zakłady produkujące stal bądź surówkę. W wielkim skrócie oznacza to, że na 99,9% macie u siebie w domu coś, co zostało wyprodukowane kosztem Amazonii. A także to, że jesteście winni nie tylko dewastacji zielonych płuc Ziemi, ale także śmierci wielu ludzi, którzy zginęli stawiając czoła lokalnym bonzom i międzynarodowym korporacjom, w tym bohaterów reportażu Domosławskiego Marii i José Cláudia. Czujecie się z tym źle? To dobrze, bo tak macie się czuć. 

Rzeźby Loisa Andivalfarei, współczesnego artysty urodzonego w południowym Tyrolu.
Źródło: zottartspace.com


Drugi z tekstów opisuje walkę lokalnej społeczności z amerykańskim koncernem wydobywającym złoto w Peru. Wielki projekt kolejnej kopalni miał zagrozić środowisku naturalnemu poprzez zniszczenie położonych wysoko w Andach przepięknych lagun i zaburzenie gospodarki wodnej. Gdy w grę wchodzą tak ogromne pieniądze, nie obejdzie się i bez polityki. Projekt Conga wspierany był przez rząd peruwiański, a może i amerykański? Organizacje pozarządowe i rdzenni mieszkańcy długo walczyli o zmiany w projekcie, które zminimalizowałyby negatywny wpływ na środowisko. W końcu w protest zaangażowali się lokalni politycy i projekt został zawieszony*.

W trzecim z tekstów Domosławski zabiera nas do Ekwadoru, gdzie w latach 60-tych Texaco rozpoczęło wydobywanie ropy naftowej. Początkowo lokalna ludność była bardzo zadowolona z nowych miejsc pracy czy lepszej infrastruktury. Niestety z czasem okazało się, że w wyniku zatrucia okolicy (koncern naftowy nie zachowywał nawet podstawowych zasad bezpieczeństwa by odpowiednio zutylizować odpady powstałe w procesie wydobywania) coraz więcej osób zapadało na dziwne bądź nieuleczalne choroby. Texaco wycofało się z Ekwadoru na początku lat 90-tych, w żaden sposób nie rekompensując wyrządzonych szkód. Niedługo później, w 1993 roku rozpoczęła się prawna batalia z koncernem, najpierw w USA, a potem w Ekwadorze. Domosławski snuje opowieść wokół osoby ekwadorskiego prawnika, jednej z kluczowych postaci całego procesu. Wyrok zapadł w 2008 roku i nakazywał koncernowi zapłatę najwyższego wówczas odszkodowania. Problem polega na tym, że Texaco (a obecnie Chevron) od lat nie prowadził działalności w Ekwadorze, więc nie było jak wyegzekowawać kary. Obrońcy środowiska nie poddają się i od 8 lat uparcie zakładają sprawy w krajach, w których Chevron prowadzi działalność, próbując uzyskać zasądzoną kwotę. Jak na razie bez zwycięstw. 
Źródło: zottartspace.com


Artur Domosławski serwuje nam niezwykle pesymistyczną wizję świata. Tym bardziej przygnębiającą, że prawdziwą. Ogromne pieniądze, międzynarodowe koncerny, które bezwzględnie wykorzystują dążenie krajów rozwijających się do podniesienia poziomu życia, oszczędzając, gdzie się da, zgarniając większość zysków, politycy i lokalni bonzowie, którzy chcą zdobyć jak najwięcej władzy i majątku. I my, globalni konsumenci w uprzywilejowanej pozycji, którzy nawet nie chcąc przyczyniamy się do niszczenia środowiska naturalnego i śmierci ludzi, którzy pragną je chronić. Nie ma litości, drogi czytelniku, to nie jest przyjemna lektura.

Dlaczego napisałam na początku, że jest to książka niebezpieczna? Wszystkie trzy reportaże napisane są w tonacji czarno-białej, jednoznacznej opozycji źli - dobrzy. Po jednej stronie stoją międzynarodowe koncerny, lokalni bonzowie, politycy i my - konsumenci bogatej Północy, po drugiej - rdzenni mieszkańcy walczący o zachowanie środowiska i naturalnego bogactwa Ameryki Południowej. Problem polega na tym, że świat nie jest tylko dwukolorowy. Po jednej i drugiej stronie muszą być źli i dobrzy, nawet ludzie o szczytnych ideach muszą mieć jakieś wady. W reportażach Domosławskiego brakuje średniaków, ludzi, którzy trochę skorzystali (np. sprzedając ziemię), ale nie do końca zgadzają się na dewastację natury. Nie pojawiają się nawet jako tło. Może taki był zamysł autora, by dobitniej przedstawić racje ekologów. Zresztą nokautuje czytelnika już w pierwszym reportażu, mówiąc, że ma na rękach krew Marii i José Cláudia. Nie jakiś bezimiennych tłumów, ale dwóch konkretnych dobrych ludzi. Tak, to jest szantaż emocjonalny. Są pewnie osoby, które powiedzą, że to zabieg literacki, narzędzie, po które sięga by wstrząsnać i poruszyć. Czy nie jest to jednak rodzaj przemocy? Jak daleko stąd do postawy, kto nie z nami ten przeciwko nam?
Źródło: ladigetto.it


* Ostatnie wieści z kwietnia 2016 roku wyglądają optymistycznie. Máxima Acuña de Chaupe, jedna z bardziej zaangażowanych w protest, otrzymała prestiżową nagrodę dla działających na rzecz ochrony środowiska Goldman Environmental. Amerykański koncern Newton Mining najprawdopodobniej pożegnał się z perspektywą wznowienia projektu. W corocznym raporcie złożonym amerykańskiej Komisji Papierów i Giełd (SEC) koncern zaznaczył, że przy obecnej sytuacji lokalnej nie widzi szans na uruchomienie wydobycia w przewidywalnej przyszłości. (źródło: mining.com)

Umrzeć na wiosnę, Ralf Rothmann

Umrzeć na wiosnę, Ralf Rothmann

M. poznaliśmy na festiwalu muzycznym. Jest nauczycielem w Münster niemieckim mieście z największą liczbą rowerów w przeliczeniu na mieszkańca. Parę lat temu postanowił przyjechać na kilka dni do Warszawy. Jego pociąg dotarł na Dworzec Centralny kilkanaście minut przez siedemnastą pierwszego sierpnia. To biało-czerwony dzień wyjący syrenami. Uprzedziliśmy M. w co się pakuje, ale to my a nie on byliśmy zakłopotani. On przyjechał do Warszawy z misją. Przez kilka dni chodził z mapą i notatkami w ręku. Praktycznie zwiedził całą nieistniejącą Warszawę. Zadawał masę pytań. Najbardziej w pamięci zapadło mi jednak to, co powiedział któregoś wieczoru: Wiecie, mój dziadek był na froncie wschodnim. Pracował na kolei. Podobno, bo tylko tyle mi w domu powiedzieli. Sam nie wiem czy „tylko”... 

Ralf Rothmann w swojej książce „Umrzeć na wiosnę” opisuje jedną z tysiąca takich nigdy nie opowiedzianych historii. Walter ma dziewczynę, przyjaciół, lubi swoją pracę dojarza. Ma raptem siedemnaście lat, gdy do wsi przyjeżdżają rekruterzy Waffen-SS i zmuszają go do zostania ochotnikiem. Zimą 44-go trafia więc na węgierski front w sam środek rozkładu i zgnilizny. Wydaje się, że ma szczęście, bo zostaje kierowcą i nie musi walczyć. Walter to dobry chłopak. Wykonuje rozkazy bez przesadnego zaangażowania. W miarę możliwości stara się pomagać innym, opiekuje się swoim przyjacielem, ratuje życie kompanowi z oddziału, próbuje odszukać grób ojca. Gdy jego przyjaciel popada w tarapaty, stara się go z nich wyciągnąć. Ostatecznie robi jednak to, co mu każą. To co inni. Strzela. 

Rothmann opisuje wojnę z całym jej okrucieństwem, w stadium, w którym już nikt nie oszukuje się, że chodzi o coś więcej niż zabijanie. Pokazuje bezsens tamtego czasu bez patosu i wydumania. Główny bohater nie walczy z wiatrakami, nie porywa się na romantyczne gesty, próbuje być przyzwoity, ale nie rozdziera szat, nie wygłasza płomiennych tyrad. Bo czy tak naprawdę ma jakiś wybór? Rothmann nie oskarża, ale też nie usprawiedliwia swojego bohatera. Pokazuje historię człowieka, który zrobił to, co tysiące innych. Przetrwał.  

Éva Besnyö, Boy with a cello, 1931
Źródło: www.scuoladariovettori.org
O tej książce w Niemczech było głośno. Krytycy tygodnika „Der Spiegel” uznali ją za najlepszą powieść 2015 roku. W Polsce ukazała się więc dość szybko, chociaż pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Dlaczego? Bo to powieść bez fajerwerków i grania na emocjach, nie ma w niej osądzania, moralizowania czy besserwisserstwa. Warto jednak po nią sięgnąć, przeczytać z uwagą i dłużej zastanowić. To jest historia dziadków takich ludzi jak nasz znajomy M.

Umrzeć na wiosnę, Ralf Rothmann, tłum. Aldona Zaniewska, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2016.
Opowiadaczka filmów, Hernán Rivera Letelier

Opowiadaczka filmów, Hernán Rivera Letelier


Znów pustynia Atakama i znów miasteczko przy kopalni saletry. Górnicza rodzina żyjąca w podziurawionym blaszaku, ojciec jeżdżący na wózku inwalidzkim i kilkoro dzieci. Maria Margarita i jej bracia.  Letelier zabiera nas w kolejnej po „Sztuce wskrzeszania” powieści w dobrze sobie znane rejony. Czy historię dziewczynki, która opowiada filmy też zaczerpnął z własnego życia? Nie wiem. I chyba nie ma to większego znaczenia. 

Historia o Marii Margaricie to właściwie dłuższe opowiadanie poskładane z krótkich rozdziałów, jakby filmowych scen, kadrów. To opowieść o utracie, o tym, czego Maria zostaje pozbawiona, gdy dorasta. Odchodzą jej bliscy, matka, ojciec, potem bracia, traci niewinność i to, co uwielbia – możliwość i zdolność opowiadania filmów. Przychodzi czas, gdy zaczynają znikać niektórzy mieszkańcy a po zamknięciu kopalni zostaje sama. Kolejna wariatka na pustyni? Może.  A może kobieta, która mimo wszystko przetrwała, w miejscu, które jest jej wymarzoną filmową scenografią. 

„Opowiadaczka filmów” jest potwornie krótka. Kończy się właściwie zanim na dobre zacznie. Po odłożeniu na półkę pozostaje niedosyt, że to już, że to koniec, że szkoda, bo ciężko jest się rozstawać z prostą i liryczną prozą Hernána Rivery Leteliera.

Opowiadaczka filmów, Hernán Rivera Letelier, tłum. Natalia Nagler, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2012. 

Źródło zdjęcia: fot. własna. Nie wykorzystuj bez zgody autorki!
Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger