czwartek, 15 września 2016

Dygot, Jakub Małecki

„Dygot” nie jest taki, jak oczekiwałam. Myślałam, że to debiut Jakuba Małeckiego, a okazało się, że nie. Utkwiło mi w głowie, że to powieść o inności i tolerancji (pewnie ze względu na postać jednego z bohaterów, który jest albinosem), a tylko częściowo. Nie ma to jednak znaczenia, to książka dobra, ciekawa i warta przeczytania. 

Wiktor, urodzony tuż po wojnie w rodzinie Łabendowiczów, albinos, jest niewątpliwie najbardziej charakterystyczną postacią powieści. Trudno się zresztą dziwić, jego drastyczna inność musi wywoływać silne emocje i to nie tylko u zabobonnych, niewykształconych sąsiadów, ale początkowo nawet wśród rodziny. Zresztą sam Wiktor, mimo posiadanej wiedzy, że albinizm to po prostu choroba, w końcu ulega, poddaje się wewnętrznym i zewnętrznym demonom. Autor bardzo umiejętnie łączy w tej postaci to, co wyjaśnialne (inność, lęk przed nią, zachowania które wywołuje) z tym, czego do końca wytłumaczyć się nie da: rozmytym jak to nazywa w powieści (złem, wewnętrznym strachem, przeznaczeniem?). 

Ale Wiktor nie jest jedynym bohaterem „Dygotu”. Powiedziałabym nawet, że nie jest głównym bohaterem. Powieść Małeckiego to historia dwóch rodzin Łabendowiczów i Geldów, obejmuje kilka pokoleń od lat przedwojennych po XXI wiek. Wydarzenia polityczne są ledwie zarysowane i stanowią mgliste tło dla ludzkich losów. To co jest bardzo ważne to miejsce, ziemie, wsie, małe i większe miasteczka, w których bohaterowie rodzą się, mieszkają, cierpią aż w końcu umierają. Małecki stosuje w swojej powieści wiele klamr i jedną z nich jest Piołunów, wieś, w której zaczyna się opowieść i gdzie umiera Jan Łabendowicz, jego syn Wiktor i gdzie pod koniec dociera wnuk Sebastian. „Dygot” jako saga rodzinna bardzo mocno związana z miejscem, ziemią jest podobna do „Dracha” Szczepana Twardocha. Nie martwcie się jednak, nie jest to ani irytujące, ani rażące podobieństwo. Raczej ciekawe. Powieści te zdecydowanie więcej różni, a przede wszystkim to, że Małeckiego czyta się bardzo dobrze, zaś Twardoch potwornie nudzi. 

Stanisław Dróżdż, Między 1977 r.
Źródło: culture.pl


Wracając do „Dygotu”, zdecydowanie największą zaletą tej powieści jest to, że bardzo mocno angażuje czytelnika. Mniej więcej do połowy albo dwóch trzecich ciężko jest się od niej oderwać, brakuje tchu, ciarki przechodzą po plecach, a na przedramionach włosy stają dęba. Małecki świetnie utrzymuje napięcie. Przyznaję, że dawno polska powieść mnie tak nie wciągnęła. Gdybym pisała tę recenzję zaraz po lekturze, w tym miejscu byłaby dużo bardziej entuzjastyczna. Jednak im więcej czasu upływa, tym mocniej się zastanawiam co z tej emocjonalności wynika, czy wnosi coś do powieści, jej odbioru przez czytelnika? I wciąż mam wątpliwości. Podkreślę jeszcze raz, że jestem pełna podziwu dla kunsztu Małeckiego, bo mimo mojego sceptycyzmu, udało mu się mnie wciągnąć i naprawdę momentami brakowało mi tchu. A wolę to niż nudy Twardocha. Skąd więc to lekkie marudzenie i to jeszcze przy największej zalecie tej powieści? Otóż Małecki zsyła na Łabendowiczów i Geldów masę nieszczęść. Dręczą ich koszmary, choroby i potworne wypadki. Okrucieństwa, które spotykają Wiktora są tylko częścią okropieństw, które dotykają obie rodziny. Niektóre ściągają na siebie sami, dopuszczają się nawet zabójstw, ale większość spada na nich niczym plagi egipskie. Napięcie autor umiejętnie podsyca konstrukcją powieści. Duże rozdziały podzielone są na części, z których większość kulminuje się wokół nieszczęścia. Po czym mamy chwilę zawieszenia, trochę pustej kartki, kolejna część rozpoczyna się od spokojnej opowieści o czymś innym i dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się o mniej bądź bardziej smutnych następstwach. Gdy mniej więcej w połowie powieści, piorun trafił w konia o imieniu Pies, wykrzyknęłam na głos coś w stylu: „No nie! I koń też?!”. Wciąż zastanawiam się czy to nagromadzenie nieszczęść, które spotyka obie rodziny służy czemuś jeszcze niż z jednej strony odrealnieniu życia z drugiej zaś ukazaniu jego kruchości? I czy nie można było osiągnąć zbliżonego efektu bardziej oszczędnymi środkami? A może jest to po prostu sposób na emocjonalne zaangażowanie czytelnika? Przyznaję, nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi do dzisiaj. 

Bardzo ciekawą postacią jest w powieści Sebastian, syn Wiktora Łabendowicza i Emilii Geld. Właściwie nie spotyka go bezpośrednio żadne nieszczęście. Naturalnie pośrednio tak, bowiem cierpią jego bliscy. Ojciec zginął zanim się urodził, matka Emilia w wyniku wypadku w dzieciństwie całe ciało miała pokryte bliznami, a potem wykryto u niej nowotwór. Jednak to Sebastian, owoc miłości dwóch najbardziej nieszczęśliwych bohaterów, wydaje się w pełni korzystać z życia. Nie marnuje żadnej okazji, by sobie dogodzić, a że jego wejście w dorosłość zbiega się w czasie z przełomem politycznym w Polsce (ledwo zarysowanym) ma ku temu sposobność. Szkołę kończy, ale sporo czasu spędza na podwórkach, pije, handluje sterydami. Gdy wydaje się, że otrzeźwiał, wyjeżdża na studia do Poznania i odbywa staż w banku. Ale Sebastianowi nie jest pisane spokojne i uczciwe życie. W pewnym sensie ma dar dostrzegania okazji tam, gdzie nie widzi ich nikt inny i nie ma żadnych skrupułów, by je wykorzystać. Z banku odchodzi sam, po tym jak kradnie pół miliona złotych wrabiając swojego szefa. Nie ponosi żadnych konsekwencji. W sumie mogłoby się wydawać, że okropna to postać. I znowu autor świetnie gra na emocjach czytelnika, bo w jakimś sensie, po tych wszystkich nieszczęściach, które spotkały jego rodzinę czy można się dziwić, że Sebastian wybiera życie utracjusza? Poza tym to właśnie jemu przypadnie bardzo ważna rola rozwiązania mrocznej tajemnicy śmierci ojca, Wiktora. 
 Stanisław Dróżdż, Początekoniec 1977-1995.
Źródło: magazyn.o.pl


Jakub Małecki napisał dobrą powieść, choć nie nazwałabym jej genialną. Wciąż mam wątpliwości czy nie za bardzo pogrywa sobie z emocjami czytelnika, ale nie bójcie się po nią sięgnąć. Nawet jeżeli nie powali Was na kolana, to raczej Was nie wynudzi.


4 komentarze :

  1. Szkoda mi rodzin, które grają główne skrzypce w tej powieści, ale książkę chętnie bym przeczytała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, chyba można im tylko współczuć. A książka warta jest uwagi.

      Usuń
  2. Rozumiem Twoje argumenty i poniekąd jestem w stanie zgodzić się, że może rzeczywiście trochę tych nieszczęść jest za dużo, chociaż mnie jakoś specjalnie to nie uderzyło (poza tym z opowieści własnej babci znam takie rodziny, które wydaje się, że przeżywają niemal same dramaty, więc jestem w stanie uwierzyć, że to się zdarza, choć bardzo rzadko). Mnie również zaintrygowała postać Sebastiana i to, że pozostaje bezkarny, a jednocześnie wywoływał on we mnie najmniej emocji ze wszystkich bohaterów. Natomiast bardzo ciekawi mnie to, co napisałaś o Twardochu, bo do tej pory słyszałam tylko pozytywne opinie na temat „Dracha” i mocno się na niego nakręciłam, a tu nagle czytam, że okropne nudy. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że postać Sebastiana specjalnie jest tak skonstruowana i skontrastowana z pozostałymi bohaterami powieści. I przez to też mniej czytelnika poruszają jego losy.
      Jeżeli chodzi o "Dracha" to chyba jestem w mniejszości, chociaż znam kilka osób, z którymi wspólnie narzekałam. Jest w tej książce kilka ciekawych i dobrych fragmentów, ale ogólna maniera była dla mnie nieznośna. Najbardziej irytujący był zaś wszechobecny narrator, Drach, coś nieokreślonego, wszechwiedzącego, duch ziemi, Śląska czy czego tam jeszcze, który czasem uderza w filozoficzne tony. Mnie one jednak przypominały bardziej bełkot "ja wiem, że ty wiesz, że on wie, że ja wiem". Szkoda, bo "Morfina" mi się nawet podobała, a "Dracha" nie uratował nawet temat Śląska.

      Usuń