Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
W stronę Swanna, Marcel Proust

W stronę Swanna, Marcel Proust

Na pewno znacie to przyjemne uczucie podczas lektury książki, kiedy przestaje Was obchodzić co się dzieje naokoło, kiedy czytane zdania zapierają dech w piersiach a w głowie jedyną myślą, która odrywa od lektury jest pewność, że właśnie obcujecie z arcydziełem. Strasznie patetycznie to brzmi, ale tak właśnie wyglądało moje spotkanie z pierwszym tomem "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta. Nie bójcie się tej powieści. Jest ona otoczona jakąś niezrozumiałą dla mnie legendą niedostępnej, kiedy w rzeczywistości to jest prawdziwa literacka uczta. Warto się za nią zabrać wiosną, kiedy łatwiej zrozumieć zachwyty nad kwitnącymi głogami czy smakiem szparagów. 

Nie wiem, ile jeszcze lat "W stronę Swanna" czekałoby na półce na swoją kolej, gdyby nie Nabokoviada Nai i Pyzy. Tym razem akcja czytania powieści omawianych w wykładach rosyjskiego pisarza cieszyła się ogromną popularnością, bo swoje wrażenia spisały też Olga i Lolanta, a żeby nie było zbyt kobieco o równowagę zadbał Zacofany w Lekturze, który co prawda wpisu nie popełnił, ale bez niego nie byłoby dyskusji w komentarzach. Koniecznie przeczytajcie, co nas tak głęboko poruszyło i dlaczego wszyscy (chyba mogę zrobić takie zbiorowe podsumowanie) zachwycamy się Proustem.  

Dzieło Francuza jest niezwykłe i wyjątkowe z wielu powodów, a jednym z nich jest obecność i znaczenie jakie odgrywa w nim sztuka, w tym oczywiście malarstwo. Proust bardzo często przy jego pomocy opisuje fizyczność i charakter postaci bądź całych scen. Nabokov twierdzi, że za tym zabiegiem stoją dwie racje: "Główna to oczywiście ta, że dla Prousta sztuka jest wyłączną wartą zainteresowania rzeczywistością. Druga racja jest bardziej prywatnej natury: opisując młodych mężczyzn, pisarz ukrywał swą wielką wrażliwość na męską urodę pod maską ogólnie znanych obrazów, opisując zaś młode kobiety, ukrywał pod tymi samymi maskami obrazów swój indyferentyzm wobec kobiet i swą niezdolność opisania ich uroku"(1). Dzięki temu na kartach powieści Proust wymienia podobno ponad stu malarzy tworzących na przestrzeni kilkuset lat. Eric Karpeles stworzył nawet album z obrazami wymienionymi w "W poszukiwaniu straconego czasu", który może być ciekawym uzupełnieniem lektury.

Nie byłabym więc sobą, gdybym nie podzieliła się z Wami moimi ulubionymi malarzami z kart "W stronę Swanna" Prousta.  

 

Jan Vermeer, Toaleta Diany, ok. 1655 r.,  w zbiorach muzeum Mauritshuis w Hadze

"Teraz, kiedy wrócił do swego stiudium o Vermeerze, powinien by się udać na kilka dni przynajmniej do Hagi, do Drezna, do Brunszwiku. Był przekonany, że pewna Toaleta Diany, którą kupił Mauritshuis na wyprzedaży Goldschmidta jako Nikolasa Maes, była w istocie Vermeerem. I byłby chciał móc na miejscu przestiudować ten obraz, by utrwalić swoją pewność"(2).
Źródło: commons.wikimedia.org


Obraz jest uznawany za jedno z dwóch młodzieńczych dzieł holenderskiego malarza i nie przypomina ani tematyką (scena mitologiczna), ani stylem, ani kompozycją tych najbardziej znanych. Proust wplótł w powieść prawdziwą historię. W 1876 r. obraz zakupiono jako dzieło Nikolasa Maesa i dopiero podczas restauracji odkryto sygnaturę Vermeera. Wątpliwości co do autorstwa rozstrzygnięto na początku XX w., chociaż alternatywnych teorii nie brakuje i dziś. Mnie w tym obrazie urzekają kolory, przede wszystkim żółcie i błękity a także wyjątkowa miękkość, jakby nałożony filtr fotograficzny łagodzący kontury. To dzięki tym elementom mogę uwierzyć, że to obraz Vermeera van Delft.

 

Charles Gleyre, Wieczór (Stracone złudzenia), 1843 r., w zbiorach Muzeum Orsay w Paryżu

"Czasami przez popołudniowe niebo przechodził księżyc, biały jak chmura, dyskretny, bez blasku, niby aktorka, która nie gra w tej chwili i która w zwykłej sukni patrzy z loży przez chwilę na swoich kolegów, chowając się w cień, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Lubiłem odnajdywać jego wizerunek na obrazkach i w książkach, ale – przynajmniej w pierwszych latach, zanim Bloch przyzwyczaił moje oczy i myśli do subtelniejszych harmonii – owe dzieła sztuki były bardzo różne od tych, w których księżyc wydawałby mi się piękny dziś, a w których nie byłbym go poznał wówczas. Była to na przykład jakaś powieść Saintine’a, jakiś pejzaż Gleyre’a, gdzie księżyc rysuje wyraźnie na niebie srebrny sierp, owe dzieła – jak moje własne ówczesne wrażenia – naiwne i niepełne. Gust mój ówczesny gorszył siostry mojej babki"(3).
Źródło: commons.wikimedia.org

Jak widzicie Proust nie opisuje dokładnie tego obrazu Gleyre’a. Francuski malarz, którego uznaje się za przedstawiciela akademizmu, zwłaszcza w swojej późniejszej twórczości dość często malował krajobrazy. Szczególnie upodobał sobie je w momentach zmiany o świcie bądź zmierzchu. Pośród wielu dzieł to właśnie w "Wieczorze" księżyc ma kształt sierpu.

 

Sandro Botticelli, Życie Mojżesza (albo Próby Mojżesza), 1481-1482, fresk w Kaplicy Sykstyńskiej w Rzymie

"Albo też patrzała na niego chmurnym wzrokiem, wówczas Swann oglądał twarz godną znaleźć się w "Życiu Mojżesza" Botticellego; przenosił ją tam, dawał szyi Odety właściwe nachylenie i kiedy ją tak całkiem namalował temperą w XV wieku na ścianach Sykstyny, myśl, że ona mimo to jest tu, przy fortepianie, teraz, że ją można całować i mieć, idea jej materialności i jej życia upajała go z taką siłą, że z błędnym wzrokiem, z żarłocznie napiętymi szczękami rzucał się na tę dziewicę Botticellego i zaczynał ją szczypać w policzki"(4).
Źródło: commons.wikimedia.org

Sandro Botticelli to jeden z malarzy szkoły florenckiej, bardziej znany dziś niż kilkaset lat temu. Przez prawie 300 lat mało kto pamiętał o tym włoskim lokalnym artyście, do czasu, gdy jego obrazy w połowie XIX w. dotarły do Anglii. "Wiosna" i "Narodziny Wenus" Botticellego weszły na stałe do kanonu światowego malarstwa, a wyidealizowany obraz kobiety stał się dla wielu wzorem piękna. Jest to tym ciekawsze, że gdy przypatrzeć się uważnie można dostrzeć zaburzone proporcje ciała, nienaturalnie smukłe ręce, zbyt opadające ramiona i wydłużone szyje. Mimo to, a może właśnie dzięki temu, nie można odmówić postaciom kobiecym Botticellego wdzięku. Swann kilkakrotnie porównuje do nich Odetę: do Wenus, Wiosny ale i Madonny, zwłaszcza gdy na jej twarzy króluje smutek i zmęczenie. Czyż jej postać nie jest właśnie nierealną, idealną kobietą, której urokowi nie można się oprzeć?

Na specjalne życzenie Zacofanego w Lekturze zbliżenie kobiety przy studni czyli Odeta jak żywa,  źródło: commons.wikimedia.org

 

Giotto, Miłosierdzie, 1303-1305,  jeden z fresków w kaplicy Scrovegnich w Padwie

"W roku, w którym jedliśmy tyle szparagów, dziewczyna obowiązana z urzędu skrobać je była to biedna, chorowita istota, dość daleko posunięta w ciąży, w chwili gdyśmy przybyli na Wielkanoc; dziwiono się nawet, że Franciszka pozwala jej tyle latać z posyłkami i tyle robić, zaczynała bowiem z trudem dźwigać przed sobą tajemniczy koszyk, z każdym dniem pełniejszy, którego dostojne kształty odgadywało się pod obszernym kaftanem. Kaftan ten przypominał opończe okrywające niektóre symboliczne figury Giotta, których pan Swann dał mi fotografie. To on zwrócił naszą uwagę na to i kiedy nas pytał o zdrowie pomywaczki, mówił: "Jak się miewa Caritas Giotta?"

Zresztą i ona sama, biedna dziewczyna, spulchniona przez ciążę aż do twarzy, aż do policzków, które zwisały proste i kwadratowe, dosyć była w istocie podobna do owych tęgich i męskich dziewic, raczej matron, w które cnoty upostaciowały się w Arenie. I zdaję sobie sprawę obecnie, że owe Cnoty i Przywary padewskie były do niej podobne jeszcze na inny sposób. Tak samo jak obraz tej dziewczyny urósł przez dodatkowy symbol, który nosiła przed swoim brzuchem – nie wyglądając na to, aby zrozumiała jego sens, i w niczym nie odbijając na swojej twarzy piękności i ducha tego symbolu – niby zwykłe i uciążliwe brzemię, tak samo, nie zdając się podejrzewać tego, potężna chłopka, przedstawiona w Arenie pod mianem Miłosierdzia, której reprodukcja wisiała w moim pokoju szkolnym w Combray, ucieleśnia tę cnotę, mimo iż żadne pojęcie miłosierdzia nie mogłoby się wyrazić w jej energicznej i pospolitej twarzy. Piękna myśl malarza każe jej deptać skarby ziemi, ale absolutnie tak, jakby deptała winogrona, aby z nich wycisnąć sok, lub raczej jakby wstąpiła na worki, aby wspiąć się wyżej; ofiarowuje Bogu swoje płomienne serce, a raczej, powiedzmy, podaje mu je tak, jak kucharka podaje korkociąg przez okienko z sutereny komuś, kto go zażąda z okna na parterze. (...)

Mimo całego podziwu, jaki Swann głosił dla tych figur Giotta, długo nie znajdowałem żadnej przyjemności w oglądaniu ich w naszym pokoju szkolnym, gdzie zawieszono kopie, które mi przywiózł, owo Miłosierdzie bez miłosierdzia (...). Ale później zrozumiałem, że porywająca dziwność, że swoiste piękno tych fesków wypływają z wielkiej roli, jaką gra w nich symbol; a to, że jest przedstawiony nie jako symbol (skoro nie wyraża usymbolizowanej myśli), ale jako rzeczywistość, jako coś w istocie doznanego lub traktowanego materialnie, dawało dziełu coś dosłowniejszego, ściślejszego, czyniło jego naukę konkretniejszą, wymowniejszą"(5).
Źródło: wikiart.org/en/giotto
Giotto jest jednym z najczęściej wymienianych malarzy w "W stronę Swanna". Pojawia się już na samym początku powieści ale także i na końcu. Powiecie, że to przede wszystkim dlatego, że jedna z bohaterek (pomywaczka) określana jest mianem "Caritas Giotta". W tym uwielbieniu geniuszu włoskiego malarza kryje się jednak coś więcej. Włosi uważali, że od niego zaczynała się kolejna era w malarstwie. Giotto nie tylko odkrył na nowo, jak na płaszczyźnie oddać iluzję przestrzeni. Zupełnie inaczej podchodził do przedstawiania scen niż jego poprzednicy. Widz miał mieć wrażenie, że jest bezpośrednim świadkiem wydarzenia, jakby oglądał sztukę w teatrze.  Na jego obrazach można podziwiać jedną postać kilkakrotnie w różnych sytuacjach: "niby obrazy Giotta ukazujące jedną i tę samą osobę w dwóch momentach: tu leżącą na łóżku, ówdzie gotującą się dosiąść konia"(6).  Przypomina mi to sposób w jaki Proust opisuje swoich bohaterów.

Powyższy wybór to zaledwia drobna część inspiracji, jakich dostarcza lektura Prousta. Już nie mogę się doczekać kolejnych tomów i odkryć. No i oczywiście Vermeera!

A jakie są Wasze inspiracje po lekturze?

(1) Nabokov V., Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s.302.
(2) Proust M., W stronę Swanna, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), Kolekcja Gazety Wyborczej , Warszawa 2004, s. 316.
(3) Tamże, s.144.
(4) Tamże, s.219.
(5) Tamże, s. 88.
(6) Tamże, s. 347.

Korzystałam również z "O sztuce" E.H. Gombricha, wyd. Rebis, Warszawa, wydanie II.

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksiński jest tak charakterystycznym artystą, że nie mogłam tego wpisu zilustrować dziełami kogoś innego, "Strefa II", lata 50-te.
Na ostatnim spotkaniu z cyklu „Czytaj nie czekaj. Awantury o książki” Sylwia Chutnik nawiązując do sposobu w jaki powstawała „Lalka” Bolesława Prusa (cotygodniowe odcinki publikowane w gazecie) powiedziała, że osoby zmuszone do regularnego pisania tekstów często noszą je ze sobą i do końca nie mogą być pewne, gdzie je zaprowadzą. Okazuje się, że ma to zastosowanie do osób zdecydowanie mniej utalentowanych niż Sylwia Chutnik i Bolesław Prus. Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” nie chciałam pisać recenzji. Co zatem czytacie w tej chwili? Tekst, który powstał jakby sam, przy kuchennym stole, na basenie a ostatnie zdanie wypłynęło w jacuzzi. 

Magdalena Grzebałkowska wykonała tytaniczną pracę przy pisaniu tej książki. Gdy patrzę na przypisy, nie mogę wyjść z podziwu nad tym, ile czasu musiała spędzić czytając korespondencję Beksińskich, ile energii musiała włożyć w spotkania z osobami, które ich znały, ile siły i delikatności użyć, by przekonać do rozmowy i udostępnienia materiałów. A przecież nie są to tylko listy, które obaj, Zdzisław i Tomasz, pisali są to też listy Zofii, pamiętnik foniczny i wideo całej rodziny. Są to także programy telewizyjne i radiowe, wywiady udzielone mediom, audycje radiowe młodszego Beksińskiego. Grzebałkowska musiała to wszystko przeczytać, przesłuchać i obejrzeć, przeanalizować i złożyć tak, by przekazać czytelnikowi spójną historię. Zresztą trochę wbrew tytułowi nie jest to tylko portret panów Beksińskich. Choć bez wątpienia grają oni pierwsze skrzypce, książka byłaby niepełna bez Zofii (żony i matki) oraz babć, zwłaszcza babci Beksińskiej. Mogłoby się wydawać, że dzięki swoistemu ekshibicjonizmowi Zdzisława (nawet znajomi narzekali jak długie listy potrafił pisać), kompulsywnej konieczności opisywania najzwyklejszych szczegółów codziennego życia, Magdalena Grzebałkowska miała ułatwione zadanie. Nic bardziej mylnego. Bo z natłoku informacji co Beksińscy jedli, gdzie pojechali i z kim rozmawiali, musiała wyłuskać rzeczy istotne i warte przekazania czytelnikowi. O tym, jak trudno pracuje się reporterowi w takich warunkach i jak przytłaczająca może być ilość informacji pisał też Cezary Łazarewicz w książce o sprawie Grzegorza Przemyka. 

 Nie jestem fanką malarstwa Beksińskiego, zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie jego fotografie, "Kompozycja", lata 50-te.
Tym większy podziw wzbudza obiektywność z jaką autorka podeszła do rodziny Beksińskich. Nie ma w tej książce taniej psychologii czy nachalnych prób tłumaczenia zawiłych stosunków rodzinnych i samobójczej śmierci Tomka. Owszem, są drobne wskazówki, lekko zarysowane hipotezy, ale tak delikatne i wycofane, że pozostawiają czytelnikowi dużą swobodę interpretacji (a te potrafią być przeróżne). Przede wszystkim jednak świadczą o ogromnym szacunku i wyczuciu autorki. Opinia publiczna wydała swego czasu wyrok na rodzinę Beksińskich, tymczasem Magdalena Grzebałkowska napisała książkę, którą udowadnia jak niesprawiedliwy mógł być to osąd. 

„Beksińscy” to nie tylko opis skomplikowanych relacji międzyludzkich, lęków i obsesji, zmagań z rzeczywistością, do której nijak się nie przystaje.  To także fantastyczny opis procesu twórczego Zdzisława Beksińskiego, jego  inspiracji i stosunku do dzieł. Nie jest niczym wyjątkowym, że publiczny odbiór obrazów artysty drastycznie rozmija się z jego indywidualnym podejściem czy intencjami. Magdalena Grzebałkowska świetnie to przedstawia. Dodatkowo podkreśla jakim błędem jest nadawanie samemu twórcy cech jego dzieł. Bo jak ktoś, kto maluje tak ponure obrazy, może po prostu jeść banalną pizzę czy kurczaka z KFC? Niezwykle ciekawe jest też oddanie realiów czasów, w jakich przyszło żyć Beksińskim: PRLowskiej prowincji jaką był Sanok, możliwości jakie dawało życie w stolicy czy zmianom jakie przyszły wraz z przełomem politycznym. Można też prześledzić dokładnie, jak nudne i mało twórcze potrafi być życie artysty, ile czasu potrzeba na organizowanie i administrowanie, rozmowy, korespondencję, jak ważne są znajomości na rynku sztuki. Podobnie zresztą świetnie przedstawiony jest mechanizm funkcjonowania polskich mediów, zwłaszcza ten z końca XX wieku.

Muszę przyznać, że parę razy zgubiłam się w natłoku informacji. Czasem autorka wspomina o jakimś wydarzeniu dużo wcześniej, a gdy nadchodzi jego właściwy czas nie powtarza ważnych szczegółów, a czytelnik o słabszej pamięci skazany jest na wertowanie kilkuset stron w poszukiwaniu odpowiedniego fragmentu. Podobnie zagubiona czułam się jeżeli chodzi o obrazy. Chociaż książka zawiera liczne reprodukcje wydawało mi się, że nie ma tam wszystkich ważnych opisywanych w tekście dzieł. Szkoda, ale na całe szczęście są to jedynie drobnostki, które nie psują ogólnego wrażenia. 

Jedna rzecz długo nie dawała mi spokoju: jak oceniać książkę, która w większości składa się z cytatów? Oczywiście, że porządne biografie czy reportaże opierają się na wielu źródłach, ale Grzebałkowska zdecydowała się na umieszczenie dokładnych cytatów z listów Beksińskich czy wypowiedzi swoich rozmówców. Czym więc jest ta książka? Rodzajem wielkiego literackiego patchworku? Gigantycznym copy paste’m? Rozmyślałam o tym w domu na głos, na co zareagował Nieślubny: „Wiesz, w muzyce funkcjonują twórcy, którzy nie napisali sami ani jednego dźwięku. Taki DJ xy nagrał kiedyś płytę, która w całości składa się z fragmentów utworów innych. I jest genialna!”.

Czy „Beksińscy. Portret podwójny” to genialna książka? Może. Czy Magdalena Grzebałkowska jest utalentowaną DJką? Na pewno!

Źródło fotografii: culture.pl


#comfortbookstag

#comfortbookstag

Źródło: pinterest.com
Najpierw nie zauważyłam, że Ania z bloga Wstaw Tytuł mnie nominowała. W kwietniowym szale przygotowań i pakowania umknęło mi to zupełnie. Potem ogarnęła mnie euforia, że pomyślała akurat o mnie. A następnie przyczołgało się przerażenie. #comfortbookstag ma być o książkach, po które można sięgnąć zawsze, są w sam raz w każdym momencie życia, po których czuję się lepiej. A ja, muszę się Wam przyznać, bardzo rzadko sięgam po przeczytane już książki kolejny raz. Jak każdy mam ukochane pozycje, powieści, które uważam za najważniejsze w moim życiu. Często wracam do nich myślami, w dyskusjach z najbliższymi i nowo poznanymi, ale nie czytam ich od deski do deski.

Po chwili paniki przyszło jednak otrzeźwienie. Mam swoją książkę pocieszycielkę, książkę komfortową, która daje mi wytchnienie, zmusza do myślenia, wyciszenia się, wyciska łzy i przywraca mi uśmiech. Taką, w której znajdę to, czego akurat potrzebuję niezależnie od pogody wewnątrz i na zewnątrz.

 

13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych oraz inne bajki, prof. Leszek Kołakowski

Ten małych rozmiarów zbiorek był prezentem. Dostałam go w dziwnym momencie swojego życia a sięgnęłam po niego ponownie kilka lat później, gdy było bardzo źle. W całości przeczytałam go kilka razy, poszczególne bajki może i nawet kilkanaście. Moją ulubioną, jak na razie, pozostaje czternasta początkowo usunięta przez cenzurę (stąd jej brak w tytule) „Wielki Głód”. Często zaglądam też do przepięknej i smutnej „Opowieści o wielkim wstydzie”, historii Rio, który zapomniał koloru oczu ukochanej Murii i tak bardzo było mu wstyd, że malał, malał aż zniknął.  Podczytuję też „Jak Gyom został starszym panem” a potem się odmłodził, aż do niemowlęctwa. I znowu postarzył. I w zasadzie do dzisiaj nie może się zdecydować. 

Leszek Kołakowski ma niesamowitą umiejętność pisania dla każdego. Bajki to po prostu świetne opowiastki, które można przeczytać dzieciom, są jednocześnie tak wielowarstwowe, że dorośli odnajdą tam też coś dla siebie. Nie będę udawać, że rozumiem je w stu procentach, że rozgryzłam ich głębię i nawiązania do filozofii. Po prostu je czytam. Myślę, że to właśnie dojrzałość ukryta między wierszami daje mi ukojenie. Czytanie „13 bajek...” jest jak rozmowa z kimś mądrym, spokojnym, doświadczonym, kimś, kto nie pociesza pustymi słówkami, nie przekonuje na siłę, że nie jest źle, ale kto wie, że i tak się ułoży, może później, może wcześniej, ale jednak. 

Dziękuję Ani za nominację. Z przyjemnością po raz kolejny sięgnęłam do tych bajek. Chętnie dowiem się czy Ekruda ma swoją komfortową trójkę, jaki kolor mają comfortbooks Marty z Rudymspojrzeniem i gdzie zagląda Cocteau & Co.


Obraz z początku wpisu to „Beleza Pura” Beatriz Milhazes, brazylijskiej artystki, której kolaże ujęły mnie kolorami i odwagą. Katalog z jej wystawy też mogłabym zaliczyć do comfortbooks. Tak, Beatriz balansuje na granicy kiczu, ale zawsze poprawia mi humor. Niestety dostępne internetowe reprodukcje ogromnie spłycają pozytywną energię jej dzieł. 


Dookoła książek i nie tylko - prasówka nr 17

Dookoła książek i nie tylko - prasówka nr 17


Niektórzy z Was spędzają pewnie ten długi majowy weekend z dala od komputera. Mam jednak nadzieję, że nadrobicie zaległości zaraz po powrocie. Tych najwytrwalszych i najbardziej uzależnionych czytelników zapraszam na garść informacji już teraz:
  • W Chile odbył się uroczysty pogrzeb. Po raz kolejny pochowano szczątki noblisty Pablo Nerudy. Trzy lata temu dokonano ekshumacji, by sprawdzić czy poeta nie został zamordowany w 1973 r. przez reżim Pinocheta. Wyniki ostatnich badań powinny być znane w maju. Nie ma jednak gwarancji, że na pewno poznamy wtedy przyczynę śmierci Nerudy. 
  • Na łamach The Wall Street Journal Hannah Rothschild, pisarka, reżyserka, przewodnicząca Rady Nadzorczej National Gallery w Londynie, poleca 5 książek z historii sztuki, które po prostu trzeba przeczytać. 
  • Podróże kształcą. Wiadomo. Czytanie też. Banał. Jeżeli jeszcze nie macie własnej listy, polecam Wam Bookriot i ich "W 80 książek dookoła świata". Zgadniecie, jaka pozycja reprezentuje Polskę?
  • Na Wyspach ostatnio głośno o tematach okołoksiążkowych: zamykane biblioteki, spadek sprzedaży książek i powoli upadające niezależne księgarnie. Dobrze nie jest, ale na pocieszenie przeczytajcie oryginalne pomysły, jak można mimo wszystko sprzedawać książki.
  • W Niemczech nie cichnie dyskusja, jak traktować "Mein Kampf", której krytyczne wydanie dostępne jest na rynku od początku tego roku. Bawaria rozważa czy nie powinno się jej omawiać w szkole. Trudny orzech do zgryzienia. 


Zdjęcie tygodnia: Biblioteca Nacional, Santiago, Chile
Źródło: http://www.architecturendesign.net/

Qbik Qlturalny #1 - CHILE

Qbik Qlturalny #1 - CHILE

Chile to kraj wielu „naj”. Gdyby trzymać się faktów, nie jest to najdłuższy kraj na świecie, ale jego smukły kształt oszukał już wielu. Położone pomiędzy Pacyfikiem a Andami w najszerszym miejscu ma około 440 km, w najwęższym 90 km. Atakama uznawana jest za najsuchsze miejsce na Ziemi, a może jest też i najstarszą pustynią. Ojos de Salado o wysokości 6981m to najwyższy wulkan na świecie. Chile wydobywa najwięcej rudy miedzi, ma też jej największe zasoby oraz saletry chilijskiej (sodowej) używanej do nawozów mineralnych czy materiałów wybuchowych. Jest drugim po Norwegii eksporterem łososia, a na wyspie Chiloé występuje ponad 400 gatunków ziemniaka.
Mimo że jest to jeden z najbogatszych krajów Ameryki Południowej to, zwłaszcza w Europie, przegrywa w konkursach popularności z Brazylią czy swoimi sąsiadami Argentyną, Boliwią, Peru. W 2010 r. katastrofa w kopalni San José i akcja ratownicza 33 górników sprawiła, że cały świat z zapartym tchem słuchał wieści z Chile. Z okazji wydania w lutym „Ciemności” Héctora Tobara opisującej tamte zdarzenia, podrzucam Wam garść kulturalnych informacji, śladów i tropów, jak magiczny jest to kraj.  

Laguna Miscanti, fot. Piotr Lewandowski

LITERATURA

Oprócz wspomnianego wyżej reportażu, warto sięgnąć po „Czas Kondora” wydany przez Czarne w 2015 r. i opisujący jak dyktatury wojskowe Ameryki Południowej rozpętały terror, nie tylko we własnym ogródku, ale w ramach walki z komunizmem planowały zabójstwa też poza jego granicami. Autor John Dinges za moment założycielski całej operacji uważa zamach stanu w Chile i przejęcie władzy przez Pinocheta w 1973 r. Bez wątpienia najsłynniejszą powieścią, która przedstawia nie tylko wydarzenia z początku lat 70-tych, ale odmalowuje też szerszy kontekst społeczno-historyczny Chile jest „Dom duchów” Isabel Allende. To fantastyczna saga rodziny Trueba  z wyrazistymi i silnymi postaciami kobiet, przepełniona realizmem magicznym. A jakże! W Polsce ukazały się także powieści José Donoso, Roberto Bolaño i oczywiście poezje noblistów Pablo Nerudy i Gabrieli Mistral. 

FILM

Na Atakamie nie pada średnio 300 dni w roku, a podobno są miejsca, których nie dotknęła nawet  kropla wody. Położona wysoko nad poziomem morza jest idealnym miejscem dla miłośników patrzenia w gwiazdy, zarówno amatorów, jak i profesjonalistów. W Chile umieszczonych jest 42% wszystkich teleskopów. Ogromny kompleks 66 radioteleskopów ALMA (Atacama Large Milimeter Array) to przedsięwzięcie, dzięki któremu naukowcy mają nadzieję odkryć nowe gwiazdy, systemy planetarne, a może nawet obszary galaktyki, gdzie mogłoby powstawać życie.  Niektórzy chodzą jednak po Atakamie z opuszczoną głową i wzrokiem wbitym w ziemię. Archeolodzy odgarniają piasek z pozostawionych na kamieniach śladów cywilizacji prekolumbijskiej, a kilka niemłodych już kobiet przebiera w palcach drobinki poszukując kości utraconych bliskich. Podczas dyktatury Pinocheta Atakama była nie tylko miejscem, gdzie w dawnej kopalni saletry więziono przeciwników politycznych, ale była też masowym grobem dla wielu pomordowanych. Do dziś nie odnaleziono wielu z tych miejsc. 

 Paso Portezuelo del Cajon, fot. Piotr Lewandowski

Dla tych wszystkich historii wspólny mianownik znalazł Patricio Guzmán, znany chilijski dokumentalista, którego film „Tęsknota za światłem” został wyróżniony kilkoma nagrodami. W Polsce można go było zobaczyć parę lat temu na festiwalach filmowych. Podobnie zresztą jak kolejne dzieło reżysera „Perłowy guzik” przeplatające historie plemienia Indian z Patagonii, chłopca, którego w XIX wieku Brytyjczycy zabrali do Europy i kolejne wątki z okrucieństw reżimu Pinocheta. Żywiołem, który dostarcza dla nich pięknego tła jest w tym filmie woda. Mam szczerą nadzieję, że Guzmán dokończy tetralogię patrząc jeszcze na Chile w kontekście ognia i wiatru. Jego filmy mają w sobie delikatność i wrażliwość, są raczej poetycką opowieścią, medytacją niż suchym dokumentem.

Patricio Guzmán opowiada o swoim filmie „Tęsknota za światłem”

Kinomaniacy natknęli się z pewnością na fabularne kino chilijskie. W zeszłym roku w Polsce pokazywany był „El Club” Pablo Larraina mierzący się z trudnym tematem pedofilii wśród księży, a na przełomie roku Ale Kino+ pokazywało jego „Nie” z  Gaelem Garcia Bernal w roli młodego specjalisty od reklamy, który angażuje się w kampanię wyborczą w 1988 r. do referendum, które skończyło dyktaturę Pinocheta.  W tym roku Oskara w kategorii najlepszy krótki film animowany wygrało chilijskie „Bear Story” w reżyserii Gabriela Osoria. To opowieść zainspirowana losami dziadka twórcy, który został aresztowany podczas zamachu w 1973 r. a następnie zmuszony do opuszczenia kraju. Chociaż to film krótki, trwa zaledwie 10 minut, a jego bohaterem jest niedźwiedź dotyka problemu, z którym Chile cały czas próbuje sobie poradzić. Wątek dyktatury Pinocheta odnajdziecie w wielu filmach i książkach, jest to bowiem okres, z którym nie rozliczono się do końca.

MUZYKA

Z Ameryką Południową zazwyczaj kojarzy się brazylijską sambę, kubańską cza-czę czy argentyńskie tango. Chile nie jest co prawda ojczyzną żadnego popularnego tańca, ale w latach 60-tych i 70-tych poprzedniego wieku muzyka popularna przeżywała tam niesamowity rozkwit. Popularnym gatunkiem był nueva cancion czerpiący z tradycji folkloru południowoamerykańskiego (muzyki andyjskiej, rytmiki afroamerykańskiej, argentyńskiego stylu gitarowego), ideologicznie zaś związany z ruchem lewicowym. Najbardziej znanym artystą tego nurtu jest Victor Jara, autor wielu protest songów. W 1973 r. został aresztowany podczas puczu, torturowany a ostatecznie zamordowany.
Mniej więcej w tym samym czasie ogromną popularność wśród młodzieży przeżywał rock chileno  inspirowany muzyką anglosaską i tzw. rockiem psychodelicznym. Swobodna forma, często dłuższe utwory, elementy muzyki bliskiego wschodu, do tego poetyckie, mistyczne teksty i surrealistyczne okładki tworzyły klimat bliższy kulturze hippisowskiej.
Z czasem pojawiły się zespoły i artyści, którzy starali się czerpać z obu nurtów. Tworzyć muzykę zrozumiałą poza Chile, ale mocno osadzoną w jego historii i wyjątkowości. Niezwykle ciekawą współczesną grupą, odnoszącą sukcesy jest Föllakzoid. Grają coś w rodzaju kosmicznego, transowego rocka. Ich muzyka jest minimalistyczna, ale jednocześnie bardzo nastrojowa. Idealny akompaniament podróży panamerykańską Ruta 5 czy obserwacji nocnego nieba. Bo przecież  „w Chile jesteś bliżej gwiazd”*. W czerwcu będzie okazja usłyszeć ich na żywo w Warszawie. Gorąco polecam.

Valparaiso, fot. Piotr Lewandowski

SZTUKA

Jednym z najsłynniejszych chilijskich artystów jest Roberto Matta, architekt, rzeźbiarz, rysownik, projektant wnętrz, poeta. Jego największą pasją było jednak malarstwo. Urodził się w 1911 r. w Santiago de Chile, do Europy przyjechał na początku lat 30-tych, gdzie poznał wielu ówczesnych malarzy, brał udział w wystawie surrealistów w 1938 r. Chwilę później wyjechał do Nowego Jorku. Po wojnie wrócił do Europy, ostatecznie porzucił abstrakcję. W latach 70-tych sporo podróżował, na zaproszenie prezydenta Allende wziął udział w malowaniu murali w Chile. Zmarł w 2002 r. we Włoszech. Retrospektywne wystawy jego prac można było oglądać w nowojorskiej MOMA, paryskim Centrum Pompidou i krakowskim Muzeum Narodowym (2013).
Dziedziną sztuki, która w całej Ameryce Południowej nie odstaje poziomem od światowej czołówki jest architektura. W 2016 r. prestiżową Nagrodę Pritzkera otrzymał chilijski architekt Alejandro Aravena zajmujący się głównie projektowaniem osiedli socjalnych, wspólnych przestrzeni, parków. Założył organizację Elemental, które nie jest tylko pracownią architektoniczną, ale prowadzi działalność mającą na celu poprawę warunków mieszkaniowych dla ubogich. Aravena ogromny nacisk kładzie na zaangażowanie społeczności, dla których projektuje. W Iquique i Constitutión miał zaprojektować domy finansowane przez państwo. Mając do dyspozycji bardzo ograniczony budżet postanowił „zamiast budować mały i zły dom, zbudować pół dobrego”. Z publicznych pieniędzy sfinansowano podstawowe, niezbędne do życia pomieszczenia (kuchnia, łazienka, dwa pokoje) pozostawiając mieszkańcom dowolność w ich wykończeniu. Poza tym, konstrukcja domów pozwala na ich bardzo łatwą rozbudowę według indywidualnych potrzeb i możliwości finansowych. Aravena jest krytykowany, że jego projektom brak poczucia estetyki i dobrego wykonania. Mimo tego oprócz prestiżowej nagrody architekt został kuratorem tegorocznego Biennale Architektury w Wenecji. Warto uważnie śledzić jego kolejne pomysły. 

Na wulkanie Villarica, fot. Piotr Lewandowski

SPORT I TV

Oczywiście, najpopularniejszą dyscypliną sportu w Chile jest piłka nożna. Piłkarze całkiem nieźle poradzili sobie na Mundialu w 2014 r. przegrywając z Brazylią w 1/8 finału. Rok później wygrali u siebie z Argentyną Copa America (w karnych). O ile na boisku było widać motywację zawodników, o tyle poza nim zabłysnęli przede wszystkim w tabloidach: słynny palec Gonzalo Jary i jazda po pijanemu Arturo Vidala (Ferrari poszło do kasacji).
2015 rok był ostatnim do tej pory, w którym Rajd Dakar odbywał się na terytorium Chile. Po nieszczęściach jakie przetoczyły się przez północ i południe kraju (powodzie, pożary i wybuch wulkanu Calbuco) rząd zdecydował o wycofaniu się z imprezy. Nawet jeżeli nie jesteście fanami sportów motorowych, polecam Wam z całego serca obejrzenie przynajmniej kilku odcinków. Półgodzinne podsumowania, które do tej pory pokazywała stacja Eurosport (rajd odbywa się na początku roku) to nie tylko suche podsumowania  kto wygrał etap, ale też wspaniałe zdjęcia południowoamerykańskiej przyrody. Rajd w 2015 roku rozgrywał się w wyjątkowo pięknych okolicach, a jednym z moich ulubionych etapów był ten wokół boliwijskiego Salar de Uyuni,  zaś momentem zapierającym dech w piersiach szalony zjazd Krzysztofa Hołowczyca z niezwykłej urody kilometrowej wydmy wprost ku oceanowi (Iquique, Chile). 

Szarża Hołka pod Iquique 

Na sam koniec, aby ładnie połączyć samochody i telewizję, zwrócę Waszą uwagę na „Top Gear”. Niezależnie od tego czy jesteście fanami Clarksona, czy nie, odcinek specjalny poświęcony podróży przez Argentynę i Chile wart jest obejrzenia. Oba odcinki „Patagonia Special” są dostępne na youtubie. Dostarczają nie tylko rozrywki i możliwości popatrzenia na auta. W scenariuszu przewidziano bowiem, że panowie nie zawsze będą trzymać się głównej drogi, zmienią zdanie, którędy jechać i przynajmniej dwukrotnie przejadą przez Andy, skorzystają z Drogi na koniec świata (Ruta del fin del Mundo), by spędzić niesamowicie romantyczny wieczór na Ziemi Ognistej (Terra del Fuego). Zakończenie chyba nie do końca poszło zgodnie z planem i ekipa musiała uciekać z Argentyny, a sprawa karna o nielegalne użycie tablic rejestracyjnych (nawiązujących do Wojny o Falklandy w 1982 r.) została ponownie otwarta pod koniec zeszłego roku. Kawał pożądnej rozrywki!

INTERNET

Nieocenionym źródłem informacji o Chile, bieżących wydarzeniach, kopalnią wiedzy o historii, kuchni a przede wszystkim fantastycznej przyrodzie jest strona i fanpage Doroty i Miguela Pewnego Razu w Chile. Znajdziecie u nich informacje, co warto zobaczyć wybierając się zwłaszcza na południe kraju, filmiki kręcone podczas wycieczek do parków narodowych, zdjęcia, pełną listę książek o Chile po polsku, spis filmów nie tylko dokumentalnych, często z linkami. I dużo, dużo więcej. Powinnam Was uprzedzić, że po pierwszym kliknięciu możecie przepaść tam na zawsze.

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Piotra Lewandowskiego i zostały umieszczone na blogu za jego zgodą. Są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].


Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger