środa, 13 lipca 2016

O tym, jak dzięki Andre Agassiemu zostałam psychofanką rugby


Opowiedziałam tę historię już wszystkim: rodzinie, przyjaciołom, koleżankom i kolegom z pracy a także przypadkowo spotkanym przechodniom. Tak, zwiariowałam. Najbardziej chyba z radości, że długo po osiemnastych urodzinach, kiedy człowiek jest już dojrzały i ukształtowany, może na nowo odkryć jak fajne są książki. I jak bardzo mogą wzbogacić moje życie. O co chodzi? Poczytajcie.

Andre Agassi, peruka i dżinsowe spodenki. How cool is that ?!
Źródło: ilpost.it

Początek pierwszy historii

Wszystko to wina Nieślubnego. Ma on naturalnie fascynującą osobowość i masę zainteresowań, a jednym z nich jest sport. To akurat dobrze się składa, bo moim też. Problem w tym, że ja oglądam Formułę 1, narciarstwo (przede wszystkim alpejskie) i łyżwiarstwo figurowe, a on jest fanem tenisa, hokeja i rugby. O ile z dwoma dyscyplinami zaprzyjaźnić mi się udało w miarę szybko, o tyle z rugby nie przypadliśmy sobie do gustu. Tkwiliśmy w dość chłodnych acz poprawnych stosunkach i nawet Puchar Świata jesienią 2015 roku i zakupione przez Nieślubnego bilety na ćwierćfinały nie zapowiadały ocieplenia.

Początek drugi historii

Na pewno zdarzyło Wam się spotkać kogoś, kogo polubiliście od pierwszej chwili. Jakkolwiek by tego nie nazwać: porozumieniem dusz, chemią, wspólnotą, jednym mózgiem w dwóch ciałach, od czasu do czasu przydarza się to każdemu. Uwielbiam takie znajomości, niektóre trwają do dziś, niektóre ze względu na odległości w czasie i przestrzeni niestety nie. Taką fantastyczną parę, trochę starszą od nas poznaliśmy dzięki Nieślubnemu i jego zawodowym aktywnościom. Ona jest Włoszką, on Anglikiem i wraz z dzieciakami mieszkali i pracowali w Polsce przez 3 lata. Latem 2015 roku spotkaliśmy się na kolacji. Jednym z tematów, które gorąco dyskutowało całe towarzystwo był tenis i zbliżające się US Open. Włoszka, z charakterystyczną żywiołowością, dzieliła się z nami kilkakrotnie zachwytem nad autobiografią Andre Agassiego „Open”.  Jej entuzjazm i fakt, że na lato idealne są lektury interesujące intelektualnie nie męczące sprawiły, że kilka dni później zakupiłam ebooka. Przeczytałam go szybko, co chwila sprawdzając w internecie jak też wyglądały słynne dżinsowe spodenki i niesforna peruka Andre (zdjęcie u góry). Miła, wakacyjna lektura. Kiedy w telewizji rozpoczęły się mecze US Open okazało się, że patrzę na nie zupełnie inaczej. A przede wszystkim patrzę inaczej na zawodników. Jeszcze nigdy oglądanie sportu nie sprawiało mi tyle przyjemności! 

Andre Agassi po przegranej w finale US Open 2005 z Rogerem Federerem
Źródło: www.dailymail.co.uk

Właściwa ścieżka 

Podczas meczu Rogera Federera (o którym Agassi oczywiście pisze) dostałam olśnienia, jak zmienić nadchodzącą jesień z rugby w coś ciekawego i interesującego. Oznajmiłam Nieślubnemu, że zamierzam ocieplić moje stosunki z tym sportem i potrzebuję do tego książki. Najlepiej, żeby to była autobiografia, nie musi być wybitna, ale zawodnika, który czynnie gra w rugby. I tak na mój czytnik trafiła opowieść Richiego McCaw, wówczas jeszcze kapitana drużyny Nowej Zelandii, jednego z najlepszych zawodników tej dyscypliny na świecie. Richie nie ma zbyt wiele litości dla czytelnika, który nie wie do czego służy jajowata piłka. Prawie od pierwszych stron zostałam rzucona na głęboką wodę i musiałam przebrnąć przez szczegółowy opis meczu. Nie rozumiałam nic oprócz tego, że przegrali. Zacisnęłam jednak zęby i po kilku sesjach z Youtubem i wariacjami nt. „Rugby for beginners”  zaczęłam z większą przychylnością zaglądać do ebooka. Im więcej rozumiałam, tym bardziej mi się podobało. I książka, i rugby. Ostatecznie wpadłam po uszy. Co gorsza na horyzoncie miałam już dwie kolejne książki do przeczytania. Tak, autobiografie rugbystów, ale o samych książkach napiszę może kiedy indziej. 

Czy wiedzieliście, że Puchar Świata w Rubgy był najbardziej dyskutowanym wydarzeniem sportowym w internecie? Kilka ciekawostek na tle najpiękniejszych momentów. 
 
Kiedy wspominam jesień 2015 roku to chce mi się śmiać. W wieku, w którym człowiek powinien wykazywać się rozsądkiem a lektury wybierać z rozwagą, wkręciłam się jak nastolatka. Niektórzy patrzą na mnie ze zdziwieniem a czasem i politowaniem. Jeżeli dzięki książkom, mogłam nie tylko się czegoś nauczyć (a wierzcie mi, spalony w piłce nożnej to pikuś w porównaniu z regułami rugby), ale jeszcze zdobyć nowe hobby, temat do niekończących się dyskusji z Nieślubnym a przy tym świetnie się bawić oglądając sport na żywo, to trudno! 

Na dowód, że z całej tej historii wyciągnęłam też bardziej literackie wnioski, szykuję dla Was wpis o autobiografiach sportowców. Tymczasem chętnie przeczytam czy i Wam przydarzyło się coś podobnego?


8 komentarzy :

  1. Ja lubię sport, ale oglądam tylko siatkowkę i ręczną, ale sama staram się pozostawać w ciągłej aktywności :) I ja też na razie za rugby nie przepadam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z rugby nie jest łatwo, to fakt. Chyba dlatego, że to sport w którym jest bardzo dużo zasad i trzeba sporo czasu, żeby zrozumieć co się dzieje na boisku.

      Zawsze zastanawiało mnie dlaczego marketingowo piłka nożna ma się w Polsce tak dobrze, niezależnie od tego jak słabo drużyna narodowa gra, a siatkówka i ręczna tak słabo się przebijają jako sporty, w których Polacy odnoszą sukcesy.

      Usuń
    2. O, ja też kibicuję siatkarzom i piłkarzom ręcznym. Ale, jak dotąd, nie skłoniła mnie ta miłość to sięgania po lektury z półki "sport". Chociaż moje ulubione "Fistaszki" tak namiętnie lubią baseball, że - kto wie - może kiedyś poczytam sobie o arkanach. Albo sama zacznę grać - wtedy będzie na odwrót: od lektury na boisko!
      PS Przypadkiem skasowałam Twój wczorajszy komentarz u mnie :-( A wydawało mi się, że blogger nie ma już dla mnie tajemnic...

      Usuń
    3. O! Baseball to jest naprawdę sport, którego nie rozumiem. Jak się kiedyś zdecydujesz na lekturę albo granie to daj znać, o co w tym chodzi. :)
      A komentarzem się nie przejmuj, "zrobię" nowy.

      Usuń
  2. Przydarzyło, ale na pewno nie w sporcie :) Tutaj chyba nawet nie będę kryć się z jawną niechęcią - nie lubię sportu, nie oglądam sportu, nie uprawiam... a nie! Dużo chodzę i czasem pływam, ale dla mnie to po prostu coś naturalnego, jakaś dodatkowa funkcja życiowa, że nie mogłabym tego nazwać..sportem ;) Ale dobrze oswajać pewne sprawy/dziedziny za pomocą książki - wczuwania się w sytuację. I fajnie, że oboje jesteście sportolubami! Ja bym chyba nie dała rady ze sportolubem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na całe szczęście jesteśmy sporto- i książkolubami, chociaż nie w takim samym stopniu. ;)
      A zdradzisz w jakiej dziedzinie Tobie się to przydarzyło?

      Usuń
    2. Choćby w literaturze :) Np. gatunek, który z założenia omijałam, oswoiłam w podobny sposób. Albo w muzyce :)

      Usuń
    3. O tak, muzyka! Czy w ogóle szeroko pojęta sztuka fajnie się oswaja dzięki książkom. :)

      Usuń