niedziela, 21 maja 2017

Emancypantki, Bolesław Prus

Niesione entuzjazmem po Awanturze o "Lalkę" Bolesława Prusa, zdecydowałyśmy się z Pyzą i Martą na wspólną lekturę "Emancypantek". Przyznaję, że momentami nie było łatwo i nie mogę pozbyć się mieszanych uczuć. Pewnie dlatego powstał najdłuższy jak do tej pory wpis na blogu. Zapraszam!

Przepraszam, czy są tu jakieś emancypantki?

Tytuł powieści sugeruje, że będzie ich pełno, gdy się jednak przypatrzeć uważnie postaciom kobiecym można mieć poważne wątpliwości. Kogo więc Prus opisał, oprócz Madzi Brzeskiej?

Chyba najciekawsza część powieści poświęcona jest pani Karolinie Latter i jej pensji. Pani Latter młodość spędziła dość przyjemnie. Pierwszy mąż był szlachcicem i to z tego małżeństwa pochodzą dzieci, Helena i Kazimierz. Pan Norski zmarł, ale zostawił żonie pewien majątek. Wdowa pocieszyła się zamążpójściem a jej drugim wybrankiem został piękny jak Apollo francuski guwerner. To najprawdopodobniej na zagraniczne podróże z drugim mężem roztrwoniła pani Latter cały majątek. Emigrant opuścił jednak żonę, która zmuszona trudną sytuacją zakłada pensję. Tworzy ją z niczego i odnosi sukces taki, że jest w stanie utrzymać siebie i dzieci. Pani Latter jest jednak kobietą despotyczną i nieznoszącą sprzeciwu, trzyma pensję twardą ręką. Nie jest szczęśliwa. Została kobietą samodzielną niejako z konieczności a nie z wyboru. Nie ma najlepszego zdania o swojej płci a jej tradycyjne poglądy widać najlepiej w sposobie wychowania dzieci. Syn jest geniuszem, któremu należy zapewnić i umożliwić wszystko, a córka ma jedynie dobrze wyjść za mąż. Takie pobłażanie Kazimierzowi doprowadzi panią Latter do ruiny. Gdy dochody z pensji zmniejszą się, nie przestanie go finansować i popadnie w długi. Problemy finansowe, z którymi nie będzie umiała sobie poradzić, wpędzą ją w alkoholizm i rozstrój nerwowy. I gdy w desperackiej próbie ratowania się pani Latter będzie chciała dotrzeć do pana Mielnickiego na wieś, utonie w rzece tuż przed jego dworem. Prus w tej części wykazuje się niesamowitym kunsztem opisując upadek nie tylko finansowy, ale też powolne poddawanie się presji i pogrążanie w szaleństwie. Jest to tak dobry i uniwersalny portret psychologiczny człowieka w trudnej sytuacji, że można by bez trudu zastąpić panią Latter jakimś Kowalskim, jej pensję kredytem hipotecznym we frankach i całość dorzucić do "13 pięter" Filipa Springera. 

Przejdźmy zatem do panny Klary Howard a z czasem Klary z Howardów Mydełko. Przy tworzeniu tej postaci autor nieźle sobie pofolgował i obdarzył ją oprócz męża o prześmiewczym nazwisku okropnymi cechami charakteru. Panna Howard jest nauczycielką na pensji, osobą niemiłą i zapatrzoną w siebie, której w dodatku wydaje się, że wie najlepiej. Usprawiedliwieniem dla własnego poczucia wyższości ma być postępowość jej poglądów, aktywne wspieranie kobiet i zaangażowanie w ruch emancypacyjny. Artykuły, które panna Klara pisze do gazet, poruszają ważne tematy jak konieczność otoczenia nieślubnych dzieci opieką państwa. Pracując jako nauczycielka na pensji pani Latter, miała doskonałą sposobność dotarcia do młodych dziewcząt i uświadomienia ich w przysługujących im prawach. Tymczasem panna Howard jest kiepskim pedagogiem, w dodatku marnie wykształconym (problemy z tabliczką mnożenia!), brak jej zdolności organizacyjnych przez co stowarzyszenie na rzecz kobiet działa słabo tracąc pieniądze na nieprzemyślane inicjatywy (produkcja kaftaników, których nikt nie chce kupować). W dodatku zmienia poglądy jak chorągiewka: raz uważa, że pensja pani Latter musi upaść, bo jest za mało postępowa, po czym że powinno się ją ratować za wszelką cenę, nawet jeżeli oznacza to konieczność małżeństwa przełożonej. Do tego Klara Howard jest zwyczajnie mściwa i złośliwa zwłaszcza wobec przedstawicielek własnej płci. Tak antypatycznej postaci autor zgotował poniżający koniec - małżeństwo z krzywonogim Mydełko, któremu oddaje się całkowicie zmieniając mu kapcie.

Olga Boznańska, Martwa natura z białymi kwiatami i japońską laleczką, po 1918 r.

Nie lepiej wypadają pozostałe bohaterki. Helena Norska, choć należałoby jej współczuć, że nie dostaje nic, bo brat ma pierwszeństwo, jest tak wyrachowaną osóbką, że nie ma jej co żałować. Ostatecznie wybiera bogatego syna browarnika na męża. Ada Solska, która też ma pewne cechy emancypantki, w końcu jest chyba najlepiej wykształconą i poświęca się nauce, poza tym jednak prowadzi całkowicie puste i bezcelowe życie. Odżywa na chwilę, gdy zamieszkuje z nią Madzia i angażuje się nawet w towarzystwo kobiet, szybko jednak traci zainteresowanie na rzecz spirytyzmu, a ostatecznie, chyba z braku laku, rzuca się w ramiona Kazimierza Norskiego.  

Kobiece postacie wypadają więc słabo. Choć nie ma wśród nich stereotypowych emancypantek, wiecie takich palących cygara, grających w karty i domagających się udziału w innych męskich rozrywkach, to nie ma co ukrywać, że marnie kończą te bohaterki.

A może są tu emancypanci?

Skoro kobiety nie są to istoty doskonałe, jak wypadają na ich tle mężczyźni? Czy faktycznie płeć predysponuje ich do rzeczy szlachetnych i wielkich? Nic podobnego, Prus nie oszczędza w “Emancypantkach” nikogo i na kartach powieści królują mężczyźni, o których można powiedzieć wiele, ale nie to, że są lepsi od kobiet.

Weźmy takiego Kazia Norskiego, syna pani Latter z pierwszego małżeństwa. Matka pieje nad nim z zachwytu, że geniusz. Zainteresowani nią panowie co prawda nieśmiało przebąkują, że synek wymaga odrobiny zdyscyplinowania, ale taktownie nie zaprzeczają. Tymczasem Norski to utracjusz, bawidamek, pozbawiony skrupułów krwiopijca, który nie cofnie się przed fałszowaniem podpisów matki, by zdobyć pieniądze na rozrywki. Myśli, że stworzony jest do rzeczy wielkich i to usprawiedliwia jego wszelkie bezeceństwa. Właściwie jest pozbawiony moralności i nie ma wyrzutów sumienia doprawadzając matkę do bankructwa. Po jej śmierci takiego samego wsparcia domaga się od siostry. Helena Norska ma wyjść bogato za mąż i tym samym zapewnić bratu odpowiedni poziom życia. Pysznie! 

Stefan Solski bogaty magnat jest też postacią niejednoznaczną. Niby opiekuje się siostrą, ale sporo czasu mija zanim faktycznie spełnia obietnicę i zabiera ją ze sobą w podróż. Oczywiście Ada, tłumaczy brata dużą ilością zajęć, ale czym tak naprawdę zajmuje się Solski? Z pewnością dużo podróżuje i szuka nowych wrażeń. Gdy na orbicie zainteresowań pojawia się Helena Norska przez dłuższy czas odbywają rozmaite tańce to zaręczając się to zrywając, drażniąc siebie nawzajem flirtami z innymi. Gdy Solscy wracają do Warszawy, Stefan zabiera się za budowę cukrowni. Wyciąga też, praktycznie siłą, Madzię z posady u Korkowiczów. Fakt, nie traktowali jej tam dobrze, ale nie spytał zainteresowanej o zdanie, traktując ją trochę jak mebel. Kiedy Solski dostaje kosza od Madzi w ataku złości zabija psa, prezent od siostry. Sam przyznaje w rozmowach, że napędza go to, co nowe i traci zainteresowanie, gdy coś mu spowszednieje (jak na przykład cukrownia). Solski pędzi więc za nowościami, szybko się nudzi, uważa, że zawsze ma rację a do tego jest furiatem. Czy jego powtórne oświadczyny są więc dowodem głębokiej miłości, tego, że przejrzał na oczy i przekonał się, że wbrew jego obawom Madzia jest naprawdę uczciwa? Czy była to desperacka próba uratowania jej przed zamknięciem w klasztorze? Czy może po prostu kolejne wyzwanie? 

Z kolei profesor Dębicki doprowadzał mnie do szewskiej pasji swoim kaznodziejstwem. Mam wrażenie, że Prus nie ubrał go w szaty księdza tylko po to, żeby nadać mu bardziej naukowy autorytet. Nudne są te jego wykłady okropnie. O życiu Dębickiego wiadomo niewiele, przez co jest profesor postacią trochę w cieniu, obserwatorem, którego autor wyciąga, gdy trzeba oświecić młodzież. Przy okazji jest to też najsłabszy fragment powieści, nieprzystający do poprzednich, o zupełnie innej dynamice, a właściwie całkiem jej pozbawiony.  

Olga Boznańska, Żółte róże, 1918 r.


Wróćmy jednak do bohaterów bo męskie postacie drugoplanowe to też niezwykła plejada gwiazd. Pan Krukowski jest pantoflarzem zależnym od siostry, kochliwym i niezdecydowanym jak nastolatka, oświadczającym się komu popadnie. Ostatecznie zrywa zaręczyny z podsędkówną by podróżować u boku hipochondrycznej siostruni po Europie. Miętlewicz z początku ogromnie zadurza się w Madzi, ale ląduje w więzach małżeńskich ze wspomnianą już podsędkówną. Wysoce odrażającą postacią jest Zgierski, który zarabia na życie handlując plotkami. I nawet jowialny major nie do końca budzi sympatię. Jakby nie było jego czułości wobec Madzi są nie na miejscu i nie można usprawiedliwić ich wiekiem. Chociaż nie raz staje w obronie wyborów życiowych głównej bohaterki i zapisuje jej kilka tysięcy rubli spadku, to obłapywanie młodej dziewczyny pachnie molestowaniem. 

Najmilszą postacią męską jest doktor Brzeski. Kochający ojciec, który wspiera córkę bez względu na wszystko. Przy tym robi to w rozsądny sposób rozmawiając i tłumacząc, na przykład gdy Madzia marzy o pensji w Iksinowie nie myśląc realistycznie o sfinansowaniu całego przedsięwzięcia (wiecie, jej biznes plan po prostu nie trzymał się kupy). Broni córki nie tylko przed mieszkańcami miasteczka ale chroni ją też przed niezadowoleniem matki. Naprawdę postępowe podejście do rodzicielstwa oparte na rozmowie i zaufaniu. Po doktorze Brzeskim Madzia odziedziczyła jednak zbyt wiele, zwłaszcza chęć niesienia pomocy innym, nawet kosztem własnej rodziny. Nie oszukujmy się, ale praktyka lekarska Brzeskiego nie generowała wystarczających środków do życia. Madzia wyjechała na pensję do Warszawy dzięki wsparciu babki, ze spadku jaki miała po niej odziedziczyć sfinansowano wyjazd starszego brata za granicę a młodsza siostra co prawda uczyła się, ale już w mniejszym mieście. Nic dziwnego, że Madzia też nie umiała bardziej praktycznie podejść do życia.

Na pewno jest tu Madzia Brzeska

Wśród tych wszystkich niedoskonałych, ułomnych a czasem po prostu niemiłych i złośliwych ludzi autor każe żyć Madzi Brzeskiej. Przy czym nadał jej cechy, które z góry skazują ją na porażkę w takim społeczeństwie. Madzia to niezwykle wrażliwa osoba, bezinteresowna, ogarnięta chęcią niesienia pomocy innym aż do zatracenia siebie. Wszyscy naokoło nazywają ją emancypantką, ale jej decyzje i samodzielność wynikają z myślenia o innych. Utrzymuje się sama pracując jako dama klasowa czy udzielając lekcji po to, by nie być dla nikogo ciężarem. Podobne motywacje towarzyszą jej, gdy planuje założyć pensję w Iksinowie: będzie mogła uczyć dzieci, być blisko rodziny, może nawet dać pracę pannie Cecyli. Rezygnuje z pomysłu, gdy tylko dowiaduje się, że umniejszyłoby to dochody miasteczkowego nauczyciela. Madzia jest też niezwykle krytyczna wobec siebie, uważa się za brzydką, głupią a przede wszystkim grzeszną (!). Jej odmowy serwowane kolejnym konkurentom nie wynikają z pragnienia samodzielności, ale z całkowitego braku wiary w siebie. Brzeska nawet nie zauważa, że jest obiektem westchnień Krukowskiego czy Miętlewicza. Rozmyśla o Norskim, a do głowy jej nie przychodzi, że ktoś obok mógłby mieć wobec niej poważne zamiary. Oczywiście, wielbiciele, których autor podsyła Madzi na nią nie zasługują, więc można się jedynie cieszyć, że im odmawia. Kiedy jednak pojawia się poważny kandydat w postaci arystokraty Stefana Solskiego główna bohaterka długo nie wierzy nawet, że mogłaby powiedzieć tak. Nie unieszczęśliwiłaby przecież swojej przyjaciółki Ady zabierając jej brata. Jakiś czas po odrzuceniu oświadczyn i po wyleczeniu się z fantazji na temat Norskiego Madzia zaczyna z coraz większym sentymentem rozmyślać o Solskim. Jednak dochodzi do wniosku, że nie jest godna miłości, ani jego, ani nikogo innego - nie po kilkuminutowym pocałunku z Kazimierzem. Fascynuje mnie, że jedyna postać kobieca, nad którą autor się nie wyzłośliwia i której decyzje można by nazwać emancypacyjnymi (uczy się, zarabia na siebie, odrzuca oświadczyny) jest tak naprawdę naiwną altruistką całkowicie pozbawioną wiary w siebie. Absolutne zaprzeczenie stereotypu emancypantki.

Olga Boznańska, Kwiaty, po 1920 r.

O co Prusowi tak naprawdę chodziło?

Czy chciał ośmieszyć emancypantki? Chyba tak, ale nie bardziej niż mężczyzn, którzy marnują życie. Upokorzenie Klary z Howardów Mydełko jest okropne, ale czy tak naprawdę Kaziu Norski kończy lepiej? Żeniąc się z Adą Solską trafia na bogatą partię, ale do końca życia będzie na łasce rodziny żony, która potrafi uprzykrzyć życie i zdecydowanie nie pała do niego sympatią. Niezbyt przekonujący happy end jak na wielkiego geniusza. 

Może chodziło Prusowi o ogólną krytykę XIX-wiecznych idei, które doprowadzone do skrajności przynosiły więcej złego niż dobrego? Emancypacja, materializm, spirytyzm… Wszystko co powodowało, że tak delikatne i wrażliwe jednostki jak Madzia Brzeska nie mogły się odnaleźć w społeczeństwie? 

Z kart "Emancypantek" przebija ogromny pesymizm a zakończenie jest wprost przygnębiające. Wykłady profesora Dębickiego i ucieczka Madzi do klasztoru to rozwiązanie, które nie daje pocieszenia, perspektywy szczęścia, pozwala jedynie ukoić największe lęki. Żyć spokojniej, ale niekoniecznie szczęśliwiej. 

Zajrzyjcie koniecznie do Pyzy i Marty a także do Efki, by poznać ich wrażenia z lektury. I podzielcie się Waszymi. A jesienią szykujemy się na czytanie "Placówki". Ktoś chętny?


Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony https://www.pinakoteka.zascianek.pl/Boznanska.
 

8 komentarzy :

  1. "można by bez trudu zastąpić panią Latter jakimś Kowalskim, jej pensję kredytem hipotecznym we frankach i całość dorzucić do "13 pięter" Filipa Springera" <3

    Ada Solska i to, jak jest opisywana, mnie osobiście frapuje. Bo zaczyna jako nieśmiałe dziewczę uwielbiające Madzię, a kończy... No, nie za specjalnie. Nawet nie "z braku laku" w ramionach Norskiego (wszystkie kobiety kochają się w Norskim, wychodzi na to), ale upodabniając się do brata: chłodna w stosunku do Madzi, zmienna w upodobaniach (porzuca nawet swoją naukową pasję, której na początku jest bardzo oddana -- Prus nie miał najlepszego zdania o naukowczyniach), fanka spirytyzmu.

    No a sam Solski... Tam jest taka scena dość mrożąca krew w żyłach, kiedy Stefan rozmyśla, że oczywiście zdradzałby Madzię i to nie raz, ale kochałby ją przecież bardzo i nigdy by się nią nie znudził. To nie jest taki zupełnie "pozytywny charakter" i zastanawiam się, co sama końcówka nam o nim mówi: że się zmienił? Że dojrzał? Że to jego ostateczny upadek, bo bez energii Madzi sobie nie poradzi, porzuci wszystko i przetrwoni majątek?

    Siostrzenica Dębickiego miała mu, zdaje się, dodać cieplejszych barw, ale troszeczkę jest jej za mało ;-). Cenię tę postać za historię o komecie, żałowałam go w I części, ale summa summarum zgadzam się z Tobą. Trochę za dużo w nim wynurzeń odautorskich, a za mało z samej postaci literackiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza część poświęcona pani Latter to majstersztyk!

      Tak, Ada jest bardzo podobna do brata, w swojej zmienności i braku celu w życiu. Chociaż na jej obronę powiem, że która kobieta nie nabrałaby chłodu do koleżanki przez pewien czas podkochującej się a nawet całującej z narzeczonym!

      Co do samego Solskiego właśnie ta scena, którą wspomniałaś, nie pozwala mi uwierzyć, że Stefan pod koniec się zmienił. Może on i Madzię kocha, ale żeby od razu miał jej nie zdradzać? Cyniczne to, ale tak mnie nastraja pesymizm Prusa.

      Historia o komecie jest prześwietna. Szkoda, że pasuje do reszty powieści trochę jak pięść do nosa.

      Usuń
    2. Ale Ada, mam wrażenie, na początku właśnie nie jest podobna do brata, staje się taka z czasem -- zwłaszcza w III części widzimy jej zmienność i chimeryczność, kiedy raz zapala się do jednej idei (emancypacja), a raz do drugiej (spirytyzm, który swoją drogą jest zdaje się w powieści czymś na kształt zwodniczej, uwodzicielskiej religii...?). W dodatku daje się łatwo zwieść pani Arnoldowej, nie ma w niej sceptycyzmu przedstawicielki nauk ścisłych (jaka jest w Dębickim). Na niekorzyść Ady, oczywiście, ale nadal żałuję, że ta postać tak została napisana.

      Usuń
    3. Nie wynika to trochę z tego, że Ada na początku, trochę jak sama Madzia Brzeska, jest postacią drugoplanową? Kiedy spotykamy ją na pensji u pani Latter niewiele o niej wiemy, niewiele ona robi, poza pożyczaniem pieniędzy i rozmawianiem z Madzią i Heleną. Dopiero w części III jest jej więcej i to niestety podobnej do brata.
      Hm... przy okazji naszej dyskusji coraz bardziej rozpadają mi się "Emancypantki". Ada, Dębicki, Zdzisław, pani Arnoldowa... pełno takich trochę niedorobionych postaci.

      Usuń
    4. Hm, to jest dobra uwaga, Adę na początku słabo znamy, a jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to była inna postać niż ta, którą dostajemy potem. Mogła się oczywiście zmienić na skutek podróży, pod wpływem brata i tym podobne.

      Usuń
    5. Też mogło tak być. Tylko czemu my się tego wszystkiego musimy domyślać? Nie sposób znaleźć odpowiedzi w samej powieści.

      Usuń
  2. Najzabawniejsze jest to, że ja tę lekturę wspominam z liceum bardzo sympatycznie, jako coś, co się czytało lekko i przyjemnie :D. Nie wiem, czy ze mną coś nie tak, ale jakoś mnie depresyjnie nie nastawiła. Taka spokojna książka. Może muszę sobie wrażenia odświeżyć ;D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och! Nic w tym dziwnego. :)

      "Emancypantki" czytałam po raz pierwszy, ale na przykład wrażenia z lektury "Lalki" miałam inne w liceum, a inne w tym roku. Gdy byłam nastolatką wydawało mi się, że Izabela Łęcka jest okropna i współczułam Wokulskiemu, a dziś uważam, że on był stalkerem i jest wkurzający! To chyba zwyczajnie kwestia wieku i doświadczeń.

      Usuń