Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Niezrecenzowane #2

Niezrecenzowane #2

W tym roku dość ciężko znaleźć mi czas na pisanie bloga. Mam jednak nadzieję, że przetrwacie ze mną tę chwilę słabości. Pracuję nad zaległymi wpisami, a dzisiaj mam dla Was kilka interesujących pozycji w jednym pakiecie. Będzie kobieco i muzycznie!

 

On, Zośka Papużanka

Książka nominowana do Paszportu Polityki za 2016 rok cieszyła się sporą popularnością w blogosferze. U mnie wywołała mieszane uczucia - postawiłabym ją na półce obok "Białej Riki" Magdaleny Parys. Historię Śpika i jego mamy czyta się przyjemnie, nie można autorce odmówić lekkiego pióra i poczucia humoru. Fantastyczne są fragmenty poświęcone szkole podstawowej lat 80-tych. Każdy kto to przeżył, nie będzie mógł powstrzymać uśmiechu. Dodatkowo Papużanka jako nauczycielka opisuje pedagogów bez nabożnej czci. Autorka też po mistrzowsku wyśmiewa tradycyjnie podręcznikowe podejście do literatury. To czemu marudzę? Bo powieść się w pewnym momencie rozpada. Nie wiem już czy jest ona historią mamy Śpika, czy może koleżanki chłopca - narratorki. Sam bohater znika pod koniec, staje się niewidoczny i przezroczysty, a przez to jego historia jest niedomknięta. Szkoda.

Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith

Książkę tę większość zaliczy do autobiografii i literatury non-fiction. Patti Smith opisuje historię swojego związku z Robertem Mapplethorpem od przypadkowego spotkania po ostatnie dni życia znanego dziś fotografa. Gdy się poznali, żadne z nich nie było sławne, razem więc uczyli się artystycznego świata Nowego Jorku, zdobywali doświadczenie i rozwijali swoją wrażliwość. Z jednej strony jest to obraz lat 70-tych z uwiecznionymi na nim wieloma sławnymi ludźmi: Hotel Chelsea, Janis Joplin czy gdzieś w tle Andy Warhol. Z drugiej strony to prosta historia wrażliwej dziewczyny i zagubionego chłopaka, ich uniesienia, wzloty i upadki, sukcesy i porażki, kłótnie i momenty szczęścia. Dzięki temu książka wielkiej gwiazdy rocka nabiera uroczej uniwersalności. Warto po nią sięgnąć.


Zespół Sleaford Mods na festiwalu ATP w 2016 r. Obraz namalowała podczas koncertu Gina Southgate. 
http://artistginasouthgate.weebly.com

 

Będziesz smażyć się w piekle, Krzysztof Owedyk

Nie czytam komiksów, ten jednak od początku zaintrygował mnie tematem a zewsząd spływały pozytywne opinie. Gdy do domu przyszła paczka, słuszność zakupu potwierdził okrzyk zachwytu: "Kupiłaś komiks Prosiaka?!". Właściwie wolę określenie powieść graficzna i do tej historii nadaje się ono idealnie. Główny bohater, muzyk z powołania, ojciec i mąż, rozpoczyna przygodę ze światem show biznesu. I wcale nie jest tak różowo jak oczekiwał. Problemy tylko narastają, w domu i w życiu zawodowym, a spodziewanych kokosów z tego nie ma. Jest to jednak historia z prawdziwym happy endem, w której każdy dostaje to, na co zasłużył. I można by się przyczepić, że to zbyt proste rozwiązanie. Znajdzie się też parę niedociągnięć w samej fabule (skąd żona ma pieniądze na wizyty u psychologa, skoro nie stać ich na okulary dla córki?), ale można je wybaczyć. Komiks jest przepięknie wydany, podzielony na rozdziały, jak płyta na kolejne utwory muzyczne. Do tego naprawdę dobrze narysowany, dynamicznie, mrocznie, tak jak na prawdziwym koncercie rockowym. Zachwycił mnie też perkusista mówiący gwarą śląską. Pozycja obowiązkowa dla fanów muzyki i miłośników powieści graficznej.


Niezrecenzowane #1

Niezrecenzowane #1

Zastanawiałam się czy podsumowywać 2016 rok na blogu i zanim podjęłam decyzję minęło półtora miesiąca. W połowie lutego wszyscy mają już za sobą rankingi minionego roku i plany na ten właśnie rozpoczęty. Musztarda po obiedzie. Ja jednak lubię klamry postanowiłam więc podzielić się z Wami uwagami na temat książek, które warto przeczytać, a o których nie pisałam szerzej na blogu. 

 

Kryminały Chmielewskiej

Królowa jest tylko jedna. Podobno. Kryminały to nie jest mój ulubiony gatunek literacki, ale muszę przyznać, że Joanna Chmielewska pisała je wyśmienicie. "Krokodyl z kraju Karoliny" i "Wyścigi" przeleżały u mnie na półce kilkanaście lat, ale w ramach Babskiego Czytania 2016 przyszedł na nie czas. Było warto! Ujęła mnie główna bohaterka, energiczna, dowcipna i inteligentna Joanna. Trochę wścibska, ale z ogromnym dystansem do siebie. Ciężko jej nie polubić. Do tego żyła w Warszawie i choć w "Krokodylu", by rozwiązać zagadkę musi wyjechać do Kopenhagi, a w "Wyścigach" siedzi głównie na Służewcu to w obu powieściach czuć klimat stołecznego miasta. No i konie. W tym temacie jestem laikiem i raczej nim pozostanę, ale chylę czoła przed pasją z jaką autorka potrafi pisać o wyścigach. 

 

"Obwód głowy" Włodzimierza Nowaka

Bez wątpienia jest to jeden z lepszych zbiorów reportaży, jakie przyszło mi czytać. Nowak pisze o granicach polsko-niemieckich tych namacalnych fizycznych i tych mniej uchwytnych w czasie i przestrzeni. Niezwykle oszczędnym językiem opisuje niesamowite, czasem wręcz nieprawdopodobne historie. Czy pamiętacie, że nad Odrą kwitł kiedyś przemyt Afgańczyków? Czy wiedzieliście, co to był Lebensborn? Czy przyszło Wam kiedyś do głowy jak wyglądało Powstanie Warszawskie oczami niemieckiego żołnierza? Jest to obowiązkowa lektura nie tylko dla miłośników reportażu, ale przede wszystkim dobrych historii.

 

"Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" Ota Pavel

Uwielbiam książki o sporcie, autobiografie czy historie dyscyplin. Jednak to, co zrobił Ota Pavel opisując historię skoczka narciarskiego z niczym nie może się równać. Jest i księżniczka, są trzewiki, ciotka jak dobra wróżka, jesion, który staje się nartami, bal w Paryżu, a do tego ciężka praca sportowca. Niby magia i morał, a jednak wszystko niezwykle prawdziwe. W zbiorze wydanym w 2016 roku przez Dowody na Istnienie znajdziemy też bardziej tradycyjne reportaże poświęcone czechosłowackim sportowcom. Każdy z nich zawiera coś z magicznego stylu Ota Pavla, ale nie dorównuje tytułowemu dziełu.

 

Trylogia z Szackim Miłoszewskiego czytana przez Roberta Jarocińskiego

Dzięki Przestrzeniom Tekstu usłyszałam Roberta Jarocińskiego a dzięki Ekrudzie wiedziałam, gdzie kupić audiobooki za rozsądną cenę. I dałam się przekonać, polubiłam słuchanie książek. Nie bez znaczenia było to, że pierwszego tomu słuchałam wałęsając się po Warszawie. I fakt, że Robert Jarociński jako lektor skradł moje serce. Pamiętajcie, zanim kupicie audiobook sprawdźcie czy odpowiada Wam głos czytającej/czytającego. I nigdy przenigdy nie zaczynajcie przygody ze słuchaniem, jeżeli Wam nie podpasuje, choćby nie wiem, jak interesowała Was sama książka.


Jeżeli zaś chodzi o kryminały - podobno to nie jest mój ulubiony gatunek, ale skoro polecam kolejne trzy pozycje, sama zaczynam mieć poważne wątpliwości - to Miłoszewski ujął mnie swoim zamiłowaniem do historii. W każdej części sięga w przeszłość, dotyka bolesnych i skomplikowanych tematów, które odbijają się echem do dziś. Mistrzostwo osiągnął w "Ziarnie prawdy", gdzie nie tylko opisuje Sandomierz, miasto samo w sobie pełne historii, nawiązuje do skomplikowanych stosunków polsko-żydowskich, miesza w to okres tuż po II wojnie światowej dokładając państwowy aparat represji i żołnierzy wyklętych, a także wplata w fabułę opowieść o słynnej sprawie połanieckiej (tej z "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki). Do tego główny bohater, białowłosy prokurator, czasem irytujący, czasem dowcipny, w miarę błyskotliwy, który przechodzi przemianę od faceta z kryzysem wieku średniego i śmiejącego się z seksistowskich tekstów kolegi w "Uwikłaniu" po walczącego z przemocą domową, nawet w formie werbalnej, olsztyńskiego szeryfa ("Gniew"). Poczucie humoru, nawiązania do literatury i krótkie informacje z dzienników na rozpoczęcie każdego rozdziału sprawiają, że powieści Miłoszewskiego czyta (bądź słucha się) bardzo przyjemnie.

Na niekoniecznie papierowym blogu nadszedł więc czas na 2017 rok! Może polecicie mi coś, co Was zachwyciło w poprzednich 12-14 miesiącach?


Listę wszystkich moich lektur znajdziecie tu i oczywiście na Goodreads.

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksiński jest tak charakterystycznym artystą, że nie mogłam tego wpisu zilustrować dziełami kogoś innego, "Strefa II", lata 50-te.
Na ostatnim spotkaniu z cyklu „Czytaj nie czekaj. Awantury o książki” Sylwia Chutnik nawiązując do sposobu w jaki powstawała „Lalka” Bolesława Prusa (cotygodniowe odcinki publikowane w gazecie) powiedziała, że osoby zmuszone do regularnego pisania tekstów często noszą je ze sobą i do końca nie mogą być pewne, gdzie je zaprowadzą. Okazuje się, że ma to zastosowanie do osób zdecydowanie mniej utalentowanych niż Sylwia Chutnik i Bolesław Prus. Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” nie chciałam pisać recenzji. Co zatem czytacie w tej chwili? Tekst, który powstał jakby sam, przy kuchennym stole, na basenie a ostatnie zdanie wypłynęło w jacuzzi. 

Magdalena Grzebałkowska wykonała tytaniczną pracę przy pisaniu tej książki. Gdy patrzę na przypisy, nie mogę wyjść z podziwu nad tym, ile czasu musiała spędzić czytając korespondencję Beksińskich, ile energii musiała włożyć w spotkania z osobami, które ich znały, ile siły i delikatności użyć, by przekonać do rozmowy i udostępnienia materiałów. A przecież nie są to tylko listy, które obaj, Zdzisław i Tomasz, pisali są to też listy Zofii, pamiętnik foniczny i wideo całej rodziny. Są to także programy telewizyjne i radiowe, wywiady udzielone mediom, audycje radiowe młodszego Beksińskiego. Grzebałkowska musiała to wszystko przeczytać, przesłuchać i obejrzeć, przeanalizować i złożyć tak, by przekazać czytelnikowi spójną historię. Zresztą trochę wbrew tytułowi nie jest to tylko portret panów Beksińskich. Choć bez wątpienia grają oni pierwsze skrzypce, książka byłaby niepełna bez Zofii (żony i matki) oraz babć, zwłaszcza babci Beksińskiej. Mogłoby się wydawać, że dzięki swoistemu ekshibicjonizmowi Zdzisława (nawet znajomi narzekali jak długie listy potrafił pisać), kompulsywnej konieczności opisywania najzwyklejszych szczegółów codziennego życia, Magdalena Grzebałkowska miała ułatwione zadanie. Nic bardziej mylnego. Bo z natłoku informacji co Beksińscy jedli, gdzie pojechali i z kim rozmawiali, musiała wyłuskać rzeczy istotne i warte przekazania czytelnikowi. O tym, jak trudno pracuje się reporterowi w takich warunkach i jak przytłaczająca może być ilość informacji pisał też Cezary Łazarewicz w książce o sprawie Grzegorza Przemyka

 Nie jestem fanką malarstwa Beksińskiego, zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie jego fotografie, "Kompozycja", lata 50-te.
Tym większy podziw wzbudza obiektywność z jaką autorka podeszła do rodziny Beksińskich. Nie ma w tej książce taniej psychologii czy nachalnych prób tłumaczenia zawiłych stosunków rodzinnych i samobójczej śmierci Tomka. Owszem, są drobne wskazówki, lekko zarysowane hipotezy, ale tak delikatne i wycofane, że pozostawiają czytelnikowi dużą swobodę interpretacji (a te potrafią być przeróżne). Przede wszystkim jednak świadczą o ogromnym szacunku i wyczuciu autorki. Opinia publiczna wydała swego czasu wyrok na rodzinę Beksińskich, tymczasem Magdalena Grzebałkowska napisała książkę, którą udowadnia jak niesprawiedliwy mógł być to osąd. 

„Beksińscy” to nie tylko opis skomplikowanych relacji międzyludzkich, lęków i obsesji, zmagań z rzeczywistością, do której nijak się nie przystaje.  To także fantastyczny opis procesu twórczego Zdzisława Beksińskiego, jego  inspiracji i stosunku do dzieł. Nie jest niczym wyjątkowym, że publiczny odbiór obrazów artysty drastycznie rozmija się z jego indywidualnym podejściem czy intencjami. Magdalena Grzebałkowska świetnie to przedstawia. Dodatkowo podkreśla jakim błędem jest nadawanie samemu twórcy cech jego dzieł. Bo jak ktoś, kto maluje tak ponure obrazy, może po prostu jeść banalną pizzę czy kurczaka z KFC? Niezwykle ciekawe jest też oddanie realiów czasów, w jakich przyszło żyć Beksińskim: PRLowskiej prowincji jaką był Sanok, możliwości jakie dawało życie w stolicy czy zmianom jakie przyszły wraz z przełomem politycznym. Można też prześledzić dokładnie, jak nudne i mało twórcze potrafi być życie artysty, ile czasu potrzeba na organizowanie i administrowanie, rozmowy, korespondencję, jak ważne są znajomości na rynku sztuki. Podobnie zresztą świetnie przedstawiony jest mechanizm funkcjonowania polskich mediów, zwłaszcza ten z końca XX wieku.

Muszę przyznać, że parę razy zgubiłam się w natłoku informacji. Czasem autorka wspomina o jakimś wydarzeniu dużo wcześniej, a gdy nadchodzi jego właściwy czas nie powtarza ważnych szczegółów, a czytelnik o słabszej pamięci skazany jest na wertowanie kilkuset stron w poszukiwaniu odpowiedniego fragmentu. Podobnie zagubiona czułam się jeżeli chodzi o obrazy. Chociaż książka zawiera liczne reprodukcje wydawało mi się, że nie ma tam wszystkich ważnych opisywanych w tekście dzieł. Szkoda, ale na całe szczęście są to jedynie drobnostki, które nie psują ogólnego wrażenia. 

Jedna rzecz długo nie dawała mi spokoju: jak oceniać książkę, która w większości składa się z cytatów? Oczywiście, że porządne biografie czy reportaże opierają się na wielu źródłach, ale Grzebałkowska zdecydowała się na umieszczenie dokładnych cytatów z listów Beksińskich czy wypowiedzi swoich rozmówców. Czym więc jest ta książka? Rodzajem wielkiego literackiego patchworku? Gigantycznym copy paste’m? Rozmyślałam o tym w domu na głos, na co zareagował Nieślubny: „Wiesz, w muzyce funkcjonują twórcy, którzy nie napisali sami ani jednego dźwięku. Taki DJ xy nagrał kiedyś płytę, która w całości składa się z fragmentów utworów innych. I jest genialna!”.

Czy „Beksińscy. Portret podwójny” to genialna książka? Może. Czy Magdalena Grzebałkowska jest utalentowaną DJką? Na pewno!

Źródło fotografii: culture.pl


O autobiografiach sportowców

O autobiografiach sportowców

Jeżeli ktoś nie wie, jakim cudem wpadłam na pomysł czytania autobiografii sportowców wyjaśniam, że to wszystko wina Andre Agassiego. Na swoim koncie mam przede wszystkim książki o rugbystach, o których w Polsce za dużo się nie mówi. Nie będę Was więc zanudzać szczegółami o sporcie, ale opowiem o tym, jak takie książki są napisane i dlaczego daleko im do wybitności. Wpis jest bogato okraszony zdjęciami oraz informacyjnie video. Będzie też muzyka.

Andre Agassi „Open”

To pierwsza autobiografia sportowca jaka wpadła w moje ręce. Jeżeli czytaliście o niej same pochlebstwa, to są one prawdziwe. Jest naprawdę dobra. Nie jest tajemnicą, że sportowcy nie piszą autobiografii sami, ale we współpracy, najczęściej z dziennikarzami, którzy widnieją potem na okładce jako współautorzy (czasem drobnym drukiem). Nie w przypadku „Open”. J. R. Moehringer, którego Agassi zatrudnił do pracy nad książką stwierdził, że to w dużej mierze dzieło samego tenisisty i jego nazwisko nie powinno widnieć na okładce. Taaak, też pomyślałam, że to chwyt marketingowy, ale po kolejnych trzech autobiografiach wiem że nie. „Open” nie jest wybitnym arcydziełem, ale jest w miarę szczerą opowieścią o życiu Agassiego. Zawiera sporo anegdotek i ciekawostek z życia na korcie i poza nim. Czytelnik może też poznać trochę ciemniejszą stronę Agassiego, jego wyskoki jako nastolatka czy epizod z narkotykami.
Książka rozpoczyna się końcem, a kończy początkiem. Taki przewrotny zabieg Agassiego, chociaż nie jakiś wyjątkowo oryginalny. W autobiografiach często można spotkać takie klamry czasowe. Koniec to dla Agassiego ostatni profesjonalny mecz, jaki zagrał (i od jego opisu zaczyna opowieść), a początek to życie ze Steffi Graff i dzieciakami u boku. Wciąż z tenisem w tle, ale jako dodatkiem a nie głównym wypełniaczem. Pomiędzy tymi dwoma punktami rozpięte jest, mniej więcej chronologicznie, życie Agassiego, o którym opowiada w pierwszej osobie. To nadaje jego książce osobistego i szczerego tonu i sprawia, że czyta się ją ze sporym zainteresowaniem. Uwaga, jest w niej trochę słów uznawanych za brzydkie. Jest to też jedyna z książek wydana po polsku.
Przerywnik muzyczny: możecie nie kojarzyć rugby, ale Dr Beats już Wam pewnie coś mówi. Oto świetna reklama z bohaterem kolejnej biografii, z haką* napisaną specjalnie na to przedsięwzięcie: 

Richie McCaw „The real McCaw”

Kolejna autobiografia, po którą sięgnęłam to książka, która na polski nigdy nie zostanie przetłumaczona. Nie wiem czy ktokolwiek, kto nie interesuje się rugby mógłby przez nią przebrnąć. Nie zrozumcie mnie źle: to jest kopalnia wiedzy o samym Richiem, chyba najwybitniejszym zawodniku tej dyscypliny, o kulisach rugby w Nowej Zelandii, o pracy zespołowej, o psychologii sportu, technikach motywacji,  o All Blacks** itp., itd. O ile jednak „Open” jest po prostu dobrze napisane, o tyle w „The real McCaw” wyczuwa się pewną sztuczność. Dziennikarze, którzy współpracują ze sportowcami oprócz rozmów z nimi samymi, rozmawiają też z rodziną, przyjaciółmi, kolegami z drużyny. Głównie po to, by nadać autobiografii chociaż odrobiny obiektywizmu. Nie jestem do końca pewna czy to wina współpiszącego dziennikarza, ale miałam wrażenie, że niektóre z rozdziałów były wciśnięte na siłę, „bo trzeba ludziom powiedzieć coś więcej o Richiem”. Zdecydowanie bardziej podobały mi się te, gdzie czuć było, że jest to w pełni opowieść samego rugbysty. Oprócz sporej hermetyczności oba wydania (nowozelandzkie i światowe) grzeszą obrzydliwymi wprost okładkami. Wiadomo, Richie nie jest najprzystojniejszy, ale naprawdę aż tak źle nie wygląda!

Przerywnik wizualny: porównanie wołających o pomstę do nieba okładek autobiografii Richiego.
Źródło: goodreads.com

Jeżeli chodzi o konstrukcję to znowu mamy tu klamrę. Tym razem główną osią opowieści są Mistrzostwa Świata w Rugby i mecze z Francją. Książka rozpoczyna się od porażki Nowej Zelandii z reprezentacją trójkolorowych w 2007 r. a kończy zwycięstwem w 2011 r. Cztery lata to droga jaką przebywa nie tylko Richie, ale całe nowozelandzkie rugby, trenerzy, działacze, drużyny. Sporo można się dowiedzieć o kulisach ważnych decyzji. Samo życie Richiego poznajemy przy okazji, z licznymi retrospekcjami. Muszę przyznać, że podoba mi się takie podejście do tematu. Przynajmniej trochę przełamuje schemat chronologicznej historyjki.

Jonah Lomu „Jonah. My story”

To chyba najgorsza książka, więc napiszę o niej też i najkrócej. Szkoda, bo Jonah to wyjątkowa postać w historii rugby. Niezwykle utalentowany stał się pierwszą supergwiazdą tego sportu. Niestety choroba nerek uniemożliwiła mu długą karierę. Co gorsza zakończyła przedwcześnie jego życie. Jonah zmarł rok temu w wieku 40 lat. Jeżeli chodzi o konstrukcję to jego autobiografię można zaliczyć niestety do najnudniejszego rodzaju zwykłych chronologicznych opowieści. Jego życie było tak barwne, że wydawać by się mogło, że nie trzeba się uciekać do specjalnych sztuczek i klamr. Niestety, mimo że napisana w pierwszej osobie razi sztucznością. Nie pisał jej sam Lomu i czuć to w każdym zdaniu. Dodatkowo często głos zabierają osoby z otoczenia sportowca (wyodrębniony tekst, inna czcionka), co za pewne ma dodać z jednej strony obiektywizmu, z drugiej przełamać schemat, ale nie wypada to dobrze. Szkoda.

Przerywnik sportowy: jeżeli wydaje Wam się, że rugby to brutalny i głupi sport przypominający futbol amerykański to obejrzyjcie poniższy filmik. Jonah Lomu jako wirtuoz i supergwiazda:

Dan Carter „The autobiography of an All Black Legend”

Jeżeli chodzi o tę autobiografię, nie jestem i nie będę obiektywna. To pierwsza, na którą naprawdę czekałam, bo jej wydanie zapowiedziano, kiedy byłam już fanką rugby. W dodatku współautorem jest przemiły nowozelandzki dziennikarz sportowy, którego teksty czytam z ciekawością. Czy wymyślił coś ciekawego? Chyba tak. Po pierwsze trzeba podkreślić, że autobiografia Dana Cartera (DC) to jeden z tych przypadków, gdzie dziennikarz wziął na siebie większość trudów pracy. Książka powstawała w ciągu 2015 roku, w czasie gdy DC przygotowywał się do Mistrzostw Świata. Dużo trenował, przygotowania i mecze wiązały się z licznymi podróżami, a oprócz tego musiał znaleźć czas dla swojej rodziny: żony i dwójki synów. Panowie zdecydowali więc, że odkryją sporo z kulisów powstawania tej książki. Cały proces pisania jak i przygotowań do mistrzostw możemy śledzić w rozdziałach, które tworzą „pamiętnik ostatniego roku”. Opatrzone są konkretną datą, miejscem, w którym akurat był Carter i sposobem w jaki panowie się komunikowali. Dzięki temu możemy prześledzić drogę jaką pokonał sportowiec by móc zagrać na mistrzostwach, a potem poznać atmosferę i wszystko, co towarzyszyło mu podczas meczów grupowych aż do finału. Smaczku całości nadaje fakt, że w momencie tworzenia książki nie było wiadomo, jak skończy się ta historia, a sama końcówka powstawała na bieżąco. Dzisiaj już wiadomo, że happy end nastąpił a sam Dan Carter mocno do tego się przyczynił (za co wyróżniono go tytułem najlepszego zawodnika finału i całego roku 2015 r.). Pomiędzy wpisami z pamiętnika znajdziemy całkiem zwyczajne, ułożone chronologicznie opowieści z życia sportowca od najmłodszych lat do tego wymarzonego zwieńczenia kariery w drużynie All Blacks. Porządnie napisane, ale raczej dla fanów rugby. 

Na koniec wsparcie estetyczne: Dan Carter na meczu z Argentyną, czerwiec 2015, Christchurch.
Źródło: pinterest.com
 

No dobrze, ponudziłam Wam o sporcie, o którym mało kto słyszał i co z tego wynika. Jeżeli chodzi o książki to okazuje się, że całkiem sporo.
Przede wszystkim skoro autobiografii sportowcy nie piszą sami, bardzo ważne jest, kto im w tym pomaga. Opisałam tu przykłady z Nowej Zelandii, ale zwłaszcza w Ameryce ogromne znaczenie ma nazwisko dziennikarza. I nie chodzi tu tylko o styl, ale także o formę a nawet i treść. Niektórzy bardziej skupiają się na karierze, niektórzy na życiu prywatnym.
Poza tym, to nie są arcydzieła. Ba, to często nie są nawet dobre książki. Trzeba więc sięgać po nie z rozwagą, albo po te naprawdę dobre (jak „Open”), albo po te z których chcemy się czegoś dowiedzieć (jak moje lektury o rugbystach).
Ważne jest też, w jakim momencie kariery jest portretowany sportowiec. Po pierwsze dlatego, że autobiografia dwudziestokilkuletniego piłkarza nie będzie nigdy stanowiła zamkniętej całości. Po drugie, Ci, którzy skończyli karierę mogą poświęcić pisaniu więcej czasu. I siłą rzeczy mają większy dystans do tego, co ich spotkało, co moim zdaniem może książce tylko pomóc.
I na koniec, autobiografia to raczej nie jest pole do eksperymentów formalnych. Ciężko wymyśleć oryginalny sposób opowiadania historii, w których chronologia jest bardzo ważna. Często też takie eksperymenty są po prostu nieudane (jak np. u Jonah Lomu). Zauważcie też, że jeżeli chodzi o okładki to panuje tu wręcz śmiertelna nuda. Musi być zdjęcie bohatera en face.
Wychodzi na to, że o autobiografiach nie mam najlepszego zdania. Pozostaję jednak niepoprawną optymistką i wierzę, że przeczytam jeszcze jakąś, która naprawdę mi się spodoba. Może Rogera Federera?

*haka – tradycyjny taniec Maorysów wykonywany w różnych sytuacjach, najbardziej znana jest jej wojenna wersja wykonywana przed bitwą, jej celem było zastraszenie przeciwnika, zademonstrowanie siły i determinacji; dzisiaj hakę wykonują drużyny sportowe przed meczami, może też być elementem honorowego powitania ważnych gości, uczczenia wydarzeń, uznania osiągnięć. Często wykonuje się ją podczas pogrzebów.

** All Blacks – zwyczajowa nazwa reprezentacji Nowej Zelandii, historia jej powstania jest długa i mocno związana z samą dyscypliną nie będę więc nią zanudzać. Dość powiedzieć, że kolor strojów rugbystów nie jest tu bez znaczenia. 

Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, Samar Yazbek

Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, Samar Yazbek

Imranovi, Massacres Ahead, 2013 r. “Signs are put on the roads for your safety”

Skończyłam czytać książkę Yazbek we wtorek 13 września. Pamiętam tę datę dokładnie, gdyż tamtego ranka ze zdziwieniem śledziłam serwisy informacyjne, które obwieszczały, że mimo kilku incydentów zawieszenie broni w Syrii ogłoszone w poniedziałek po południu wciąż się utrzymuje. Kręciłam głową z ogromnym niedowierzaniem i jednocześnie nadzieją. Chciałam, pewnie jak wielu, wierzyć, że niemożliwe jest możliwe. Dzisiaj już wiadomo, że z kolejnej próby rozwiązania konfliktu i pomocy ludności cywilnej nic nie wyszło. Jeżeli chcielibyście zrozumieć trochę lepiej dlaczego, warto sięgnąć po „Przeprawę”.

Książka Samar Yazbek ma kilka niezaprzeczalnych zalet. Po pierwsze, jest przepięknie wydana. Minimalistyczna okładka, miły w dotyku papier, wygodny format, nawet czcionka, wszystko sprawiało, że trzymałam tę książkę w ręku z ogromną przyjemnością. Po drugie, wstęp autorstwa Piotra Balcerowicza wyjaśniający sytuację polityczną w Syrii, co się stało w 2011 r., dlaczego z pokojowych demonstracji rozpętała się wojna (praktycznie światowa), jakie interesy mają rozliczne grupy i państwa zaangażowane w konflikt i wiele innych kwestii. Na czterdziestu paru stronach dostajemy podstawową wiedzę, pełną faktów, ale podaną w tak przystępny sposób, że powinna to być lektura obowiązkowa dla każdego. Niby można czytać reportaż Yazbek bez wstępu Balcerowicza, ale jeżeli miałabym wybierać to zrobiłabym raczej na odwrót. 

O tym, jak cenny jest wstęp Piotra Balcerowicza, niech zaświadczy poniższy filmik. Ręka do góry, kto zrozumiał po pierwszym obejrzeniu, o co w tym chodzi?

Po trzecie, „Przeprawa” to opowieść Syryjki, spojrzenie na konflikt oczami kogoś, kto wychował się w kraju obecnie ogarniętym wojną i kogoś, kto wciąż kocha tamte ziemie i ich mieszkańców. Nie sądzę, by ktokolwiek z opisujących konflikt obcokrajowców był w stanie przedstawić to w podobny do Yazbek sposób. Autorka, pisarka i dziennikarka, została zmuszona do opuszczenia Syrii w 2011 r. Wracała do swojego kraju trzykrotnie po wybuchu zbrojnego konfliktu. Zaangażowała się w lokalne projekty wspierające przede wszystkim kobiety w osiągnięciu jakiejkolwiek samodzielności czy edukację dzieci. Ten czas poświęciła także na rozmowy, które niczym Szecherezada opowiada nam w „Przeprawie”. Nie napisała zwykłego reportażu czy analizy, jej historie są przepełnione emocjami, bólem, gniewem, buntem czy bezsilnością. Yazbek przekazuje nam opowieści, które powierzyli jej inni. Dzięki temu widzimy jak ostatkami sił niektórzy próbują prowadzić normalne życie i jak ponoszą w tym klęskę. Oprócz historii zwykłych ludzi, dostajemy też rozmowy z bojownikami czy dowódcami walczących oddziałów. Yazbek była też świadkiem porwania dziennikarza Marcina Sudera, co polskiemu czytelnikowi dobitnie przypomina, jak brutalny to konflikt. 

Autorka już na samym początku uprzedza, że nie będzie w stanie zachować chronologii czy wszystkich zależności przyczynowo-skutkowych. Z jednej strony powoduje to zamęt, czasem można się pogubić, gdzie, kiedy i po co autorka jedzie i co właściwie robi (np. jedzie do szpitala ze znajomymi bojownikami, bo mają być tam potrzebni, po czym opisuje jak szwenda się bez celu wśród łóżek rannych). Z drugiej strony, da się mimo wszystko zauważyć, jak z każdą kolejną podróżą sytuacja się pogarsza: konflikt się zaostrza, coraz trudniej jest prowadzić chociaż szczątkowe normalne życie, obecność autorki zaczyna stanowić zagrożenie dla tych, którzy jej pomagają, (także dlatego, że jest kobietą), a dodatkowo w jej kraju coraz więcej jest obcych, ekstremistów, którzy de facto zawłaszczają Syrię.

Mimo ogromnych zalet, „Przeprawa” nie jest książką idealną. Jest świetna tam, gdzie autorka daje świadectwo, opowiada nam historie innych czy relacjonuje rozmowy z walczącymi (wstrząsający wywiad z dowódcą Ahrar Latakii). Niedomaga tam, gdzie Yazbek spisuje swoje myśli. Robi to często topornie i bardzo infantylnie. Zdecydowanie nie jest autorką, której wrażliwość przemawia do mnie w 100%. 

„Przeprawa”, jeżeli przeczytacie ją z uwagą, dostarczy Wam ogromnej dawki wiedzy, ale i pozbawi wielu złudzeń. Pozostawi z gorzkimi pytaniami czy Syria w ogóle jeszcze istnieje i jaką przyszłość ma przed sobą ten region i jego mieszkańcy. Nawet jeżeli nie jest to łatwa i przyjemna lektura, nawet jeżeli (tak jak mnie) będzie Was trochę irytował styl autorki, to czas, który jej poświęcicie, nie będzie stracony.

Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, Samar Yazbek, tłum. Urszula Gardner, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. 

Źródło zdjęcia: artrepresent.com, zajrzyjcie na tę stronę po więcej!
Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger