Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie 2016. Pokaż wszystkie posty
Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z "The Paris Review"

Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z "The Paris Review"

Tak. To jest kicz. "Les deux marins" Pierre & Gilles, 1993 r.
Ten rok minął mi pod znakiem literatury non-fiction. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, bo przecież uwielbiam beletrystykę, a zwłaszcza monumentalne powieści (przepiękne „Księgi Jakubowe”). Mile zaskoczyła mnie w tym roku klasyka (ach, ten „Frankenstein”) czy zeszłoroczna debiutantka (Weronika Murek). A mimo to, gdy mam wymienić książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie w pierwszym odruchu wymieniam „Żeby nie było śladów” czy „Ciemność”. Do tej dwójki dołączyła ostatnio „Sztuka powieści”, antologia wywiadów, których nie mogę się nachwalić. Z niecierpliwością czekam na wiosenne wydanie rozmów z pisarkami. 

Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę? Bo jej lektura jest fantastyczną przygodą, interesującą wycieczką, gdzie co chwilę napotykamy miłe niespodzianki. Nie ma znaczenia czy znacie twórczość wszystkich odpytanych pisarzy. Owszem, wywiady są często ciekawym uzupełnieniem tego, co wiemy o dziełach autorów. Są jednak tak dobrze przeprowadzone, z tak wyczerpującymi pytaniami, że czasem nie trzeba nic więcej. Ja sama czytałam tę książkę nie po kolei. Zaczęłam od tych, których znam i lubię (od Michela przez Javiera po Ernesta) a potem z przyjemnością odkrywałam, co myślą pozostali. 

O czym dziennikarze „The Paris Review” rozmawiali z mistrzami pióra? Przede wszystkim o pisaniu. Ale nie tylko. Można w tej książce znaleźć ciekawostki biograficzne (Marias jest królem), odważne stwierdzenia (Michel o prostytucji, a jakże), gdzie i jak niektórzy piszą albo bardziej intrygujące wywody o zażywaniu kwasu czy zaangażowaniu politycznym. Chyba najbardziej fascynujące są dialogi, w jakie układają się wypowiedzi pisarzy. Niektóre są prowadzone wprost: Iksiński nie zgadza się z podejściem Kowalskiego; większość jest jednak bardziej subtelna: np. dysksusja czy to autor planuje szczegółowo fabułę, czy bohaterowie decydują o dalszym ciągu. Świetne są też postaci innych wielkich twórców, którzy funkcjonują jako punkt odniesienia i przewijają się przez wiele wywiadów. Takim bohaterem jest na przykład Faulkner.

Właściwie ta książka mogłaby mieć tytuł „Sztuka wywiadu”. Nie dość, że dostajemy krótkie wstępy albo przedstawiające miejsce, gdzie odbywała się rozmowa, albo krótką charakterystykę pisarza, jego zachowania czy dziwnych nawyków, to jeszcze pytania są naprawdę interesujące. To próbka dziennikarstwa z prawdziwego zdarzenia, bez głupich i banalnych pytań. Chciałoby się westchnąć, że takich wywiadów dziś prawie już nie ma. W dodatku, świetnie zachowany jest indywidualny styl każdego z rozmówcy. Wierzcie mi, nie ma dwóch takich samych wywiadów. 

Ogromny ukłon należy się też polskiemu wydawcy i tłumaczom. Przypisy to po prostu długa lista inspiracji bądź jak kto woli przyszłych lektur ze szczegółami: polski tytuł, rok wydania, etc. Ponadto, gdy w wywiadzie pojawia się książka, która ma dopiero powstać, czytelnik dowie się z nich, czy się tak stało i kiedy. Niby nic wielkiego, ale czuć, że wydawca poważnie traktuje odbiorcę.

Wiecie, że kiedy brałam „Sztukę powieści” do ręki byłam wobec niej sceptyczna? Zastanawiałam się, czy to nie jest pójście na łatwiznę, po prostu przetłumaczyć coś, co zrobili inni. Ależ ja się myliłam. Ta książka jest po prostu doskonała pod każdym względem. Bierzcie i czytajcie!

Sztuka powieści. Antologia wywiadów I z "The Paris Review", autor zbiorowy, tłum. Dobromiła Jankowska, Adam Pluszka, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Źródło zdjęcia: pinterest.com

O męskim czytaniu czyli pozostańmy w kontakcie!

O męskim czytaniu czyli pozostańmy w kontakcie!

W listopadzie bloga dopadł zastój. A właściwie mnie pochłonęło pozablogowe życie. Jak już wspominałam na Facebooku czy na Instagramie nie piszę, ale czytam. Z tego nie zrezygnowałam i w nawale zajęć zawsze pilnuję, by mieć na to czas. Zanim rzucę się więc do nadrabiania recenzji, na rozgrzewkę napisałam kilka słów podsumowania Męskiego czytania. 

Męski reportaż okazał się bardzo ciekawą choć niepokojącą lekturą. O książkach Springera „Źle urodzone” i „13 pięter” napiszę obszerniej, więc tutaj zasygnalizuję jedynie kilka kwestii. Książki zestawiłam ze sobą dość przypadkowo, jedną miałam od lat na półce, o drugą planowałam awanturować się w Nowym Teatrze. Tymczasem okazało się, że uzupełniają się w ciekawy sposób. „Źle urodzone” traktuje o architekturze lat komunistycznych, okresie, którego wyraźnie brakuje w „13 piętrach”. Moje zachwyty i narzekania będziecie mogli przeczytać już wkrótce. 

Męskie nagrody czyli „Skoruń” Macieja Płazy to książka, o której nie wiem, co napisać. Przyznaję, że nawet kilka tygodni po lekturze wciąż wprawia mnie w zakłopotanie. Z jednej strony czytało mi się ją bardzo dobrze i uważam, że to jedna z ciekawszych pozycji ostatnio modnego nurtu wiejskiego czy jak też to nazywają krytycy. Napisana świetnym językiem, z pięknymi opisami, z których najbardziej urzekły mnie te o jabłkach, przedstawiająca dojrzewanie na wsi bez ubarwień i zbędnego sentymentalizmu. W czym tkwi problem? Zupełnie o tej książce nie pamiętam. Gdy spontanicznie zastanawiam się nad lekturami z ostatnich kilku miesięcy, nie pamiętam o „Skoruniu”. I nie umiem wytłumaczyć dlaczego. 

Męska klasyka była prawdziwą ucztą. „Pani Bovary” to świetna powieść i ku mojemu zaskoczeniu najbardziej spodobały mi się w niej fantastyczne sceny, nie zaś główna bohaterka. Nabokov, którego wykład o dziele Flauberta czytałam na deser, mówi o nich kontrapunktowe. Mnie, podobnie jak Pyzie, kojarzą się one z techniką filmową. Do moich ulubionych należą rozmowa Emmy z księdzem i genialna scena festynu rolnego. Jeżeli nie czytaliście jeszcze „Pani Bovary”, gorąco polecam. Tym bardziej, że główna bohaterka jest ciekawą postacią, a w tle przewijają się nie mniej interesujący drugo- i trzecioplanowi bohaterowie. Zajrzyjcie też do „Wykładów o literaturze” Nabokova. Bardzo mi pasuje poczucie humoru i zgryźliwa spostrzegawczość tego rosyjskiego pisarza. Nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale parę z jego obserwacji nt. prozy Flauberta naprawdę mnie zaciekawiło. Tym samym nie mogę się już doczekać kolejnych lektur w ramach Nabokoviady. 

Z męskich nowości udało mi się w listopadzie sięgnąć po „Sztukę powieści”. To książka, która zachwyciła mnie najbardziej i o której z pewnością napiszę ciut więcej. Nie za dużo, nie spodziewajcie się długiej recenzji. Nie chcę Wam ani za dużo zdradzać, ani streszczać, a przede wszystkim odbierać niesamowitej przyjemności buszowania po jej stronach.

Zatem „pozostańmy w kontakcie”! 


Męskie czytanie

Męskie czytanie

Marzec był na blogu babskim miesiącem i dla zachowania równowagi listopad będzie męskim czyli zapuszczam niekoniecznie papierowe wąsy. W ramach mini akcji będę czytać książki autorstwa panów, przede wszystkim, bo postanowiłam zrobić jednak wyjątek dla Ursuli Le Guin i jej „Sześciu światów Hain”. Większość z moich lektur wpisuje się w wyzwania i awantury na innych blogach. Przeczytajcie dokładnie jakie!
I pamiętajcie, że w krajach anglosaskich Movember to nic innego jak miesiąc, w którym należy pamiętać, że o zdrowie trzeba dbać bez względu na płeć.

Męski reportaż

Na pierwszy ogień idzie polska gwiazda reportażu Filip Springer. Jego „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u” zbierały kurz od kilku lat, a zaraz po nich sięgnę po „13 pięter”. Tak przygotowana mogę iść się awanturować na spotkanie prowadzone przez Sylwię Chutnik (kolejne 17-go listopada w Nowym Teatrze w Warszawie).

Męskie nagrody

Kolejną pozycją, która czeka na swoją kolejkę już od jakiegoś czasu, jest „Skoruń” Mikołaja Płazy finalista tegorocznej Nike, zdobywca Nagrody Kościelskich i Nagrody Literackiej Gdynia. Trzeba sprawdzić o co tyle krzyku.

Męska klasyka

Założenie bloga zmobilizowało mnie do czytania klasyki, książek, które zawsze miałam na liście a które przegrywały z nowościami, lenistwem albo... tak, jakimś serialem. Dodatkową przyjemnością z czytania klasyki są dyskusje, jakie można prowadzić z innymi. W listopadzie dołączam więc do Nabokoviady Nai i Pyzy i czytam „Panią Bovary” Flauberta. 

Podwójny autoportret, Egon Schiele, 1915 r.
Źródło: dailyartfixx.com

Męskie nowości

Nie jestem mistrzem szybkiego czytania, więc nie wiem czy starczy mi czasu w listopadzie na dodatkowe lektury. Mam nadzieję, że tak, bo mam w planach kilka nowości. Przede wszystkim zakupioną na Targach Książki w Krakowie „Sztukę powieści” wywiady ze znanymi pisarzami, które oryginalnie ukazały się w "The Paris Review". Jest Nabokov, i Houellebecq, i Marias. Czyż nie brzmi to wspaniale?
Z niecierpliwością czekam też na „Depesze” Michaela Herr’a ukazujące się w Karakterze. Jest to bezdyskusyjnie klasyka światowego reportażu opisująca potworności wojny w Wietnamie. Dobrze że w końcu będzie można przeczytać ją po polsku.
Pod koniec listopada niezawodne Czarne wyda „Dom, którego nie było” Łukasza Krzyżanowskiego. Autor opisuje historię stosunków polsko-żydowskich w Radomiu. Skupia się przy tym przede wszystkim na losach Żydów, którzy wrócili do miasta po wojnie i zamiast spodziewanej wolności zastali wrogość, agresję i przemoc.
 
A jakie są Wasze plany?

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksiński jest tak charakterystycznym artystą, że nie mogłam tego wpisu zilustrować dziełami kogoś innego, "Strefa II", lata 50-te.
Na ostatnim spotkaniu z cyklu „Czytaj nie czekaj. Awantury o książki” Sylwia Chutnik nawiązując do sposobu w jaki powstawała „Lalka” Bolesława Prusa (cotygodniowe odcinki publikowane w gazecie) powiedziała, że osoby zmuszone do regularnego pisania tekstów często noszą je ze sobą i do końca nie mogą być pewne, gdzie je zaprowadzą. Okazuje się, że ma to zastosowanie do osób zdecydowanie mniej utalentowanych niż Sylwia Chutnik i Bolesław Prus. Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” nie chciałam pisać recenzji. Co zatem czytacie w tej chwili? Tekst, który powstał jakby sam, przy kuchennym stole, na basenie a ostatnie zdanie wypłynęło w jacuzzi. 

Magdalena Grzebałkowska wykonała tytaniczną pracę przy pisaniu tej książki. Gdy patrzę na przypisy, nie mogę wyjść z podziwu nad tym, ile czasu musiała spędzić czytając korespondencję Beksińskich, ile energii musiała włożyć w spotkania z osobami, które ich znały, ile siły i delikatności użyć, by przekonać do rozmowy i udostępnienia materiałów. A przecież nie są to tylko listy, które obaj, Zdzisław i Tomasz, pisali są to też listy Zofii, pamiętnik foniczny i wideo całej rodziny. Są to także programy telewizyjne i radiowe, wywiady udzielone mediom, audycje radiowe młodszego Beksińskiego. Grzebałkowska musiała to wszystko przeczytać, przesłuchać i obejrzeć, przeanalizować i złożyć tak, by przekazać czytelnikowi spójną historię. Zresztą trochę wbrew tytułowi nie jest to tylko portret panów Beksińskich. Choć bez wątpienia grają oni pierwsze skrzypce, książka byłaby niepełna bez Zofii (żony i matki) oraz babć, zwłaszcza babci Beksińskiej. Mogłoby się wydawać, że dzięki swoistemu ekshibicjonizmowi Zdzisława (nawet znajomi narzekali jak długie listy potrafił pisać), kompulsywnej konieczności opisywania najzwyklejszych szczegółów codziennego życia, Magdalena Grzebałkowska miała ułatwione zadanie. Nic bardziej mylnego. Bo z natłoku informacji co Beksińscy jedli, gdzie pojechali i z kim rozmawiali, musiała wyłuskać rzeczy istotne i warte przekazania czytelnikowi. O tym, jak trudno pracuje się reporterowi w takich warunkach i jak przytłaczająca może być ilość informacji pisał też Cezary Łazarewicz w książce o sprawie Grzegorza Przemyka. 

 Nie jestem fanką malarstwa Beksińskiego, zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie jego fotografie, "Kompozycja", lata 50-te.
Tym większy podziw wzbudza obiektywność z jaką autorka podeszła do rodziny Beksińskich. Nie ma w tej książce taniej psychologii czy nachalnych prób tłumaczenia zawiłych stosunków rodzinnych i samobójczej śmierci Tomka. Owszem, są drobne wskazówki, lekko zarysowane hipotezy, ale tak delikatne i wycofane, że pozostawiają czytelnikowi dużą swobodę interpretacji (a te potrafią być przeróżne). Przede wszystkim jednak świadczą o ogromnym szacunku i wyczuciu autorki. Opinia publiczna wydała swego czasu wyrok na rodzinę Beksińskich, tymczasem Magdalena Grzebałkowska napisała książkę, którą udowadnia jak niesprawiedliwy mógł być to osąd. 

„Beksińscy” to nie tylko opis skomplikowanych relacji międzyludzkich, lęków i obsesji, zmagań z rzeczywistością, do której nijak się nie przystaje.  To także fantastyczny opis procesu twórczego Zdzisława Beksińskiego, jego  inspiracji i stosunku do dzieł. Nie jest niczym wyjątkowym, że publiczny odbiór obrazów artysty drastycznie rozmija się z jego indywidualnym podejściem czy intencjami. Magdalena Grzebałkowska świetnie to przedstawia. Dodatkowo podkreśla jakim błędem jest nadawanie samemu twórcy cech jego dzieł. Bo jak ktoś, kto maluje tak ponure obrazy, może po prostu jeść banalną pizzę czy kurczaka z KFC? Niezwykle ciekawe jest też oddanie realiów czasów, w jakich przyszło żyć Beksińskim: PRLowskiej prowincji jaką był Sanok, możliwości jakie dawało życie w stolicy czy zmianom jakie przyszły wraz z przełomem politycznym. Można też prześledzić dokładnie, jak nudne i mało twórcze potrafi być życie artysty, ile czasu potrzeba na organizowanie i administrowanie, rozmowy, korespondencję, jak ważne są znajomości na rynku sztuki. Podobnie zresztą świetnie przedstawiony jest mechanizm funkcjonowania polskich mediów, zwłaszcza ten z końca XX wieku.

Muszę przyznać, że parę razy zgubiłam się w natłoku informacji. Czasem autorka wspomina o jakimś wydarzeniu dużo wcześniej, a gdy nadchodzi jego właściwy czas nie powtarza ważnych szczegółów, a czytelnik o słabszej pamięci skazany jest na wertowanie kilkuset stron w poszukiwaniu odpowiedniego fragmentu. Podobnie zagubiona czułam się jeżeli chodzi o obrazy. Chociaż książka zawiera liczne reprodukcje wydawało mi się, że nie ma tam wszystkich ważnych opisywanych w tekście dzieł. Szkoda, ale na całe szczęście są to jedynie drobnostki, które nie psują ogólnego wrażenia. 

Jedna rzecz długo nie dawała mi spokoju: jak oceniać książkę, która w większości składa się z cytatów? Oczywiście, że porządne biografie czy reportaże opierają się na wielu źródłach, ale Grzebałkowska zdecydowała się na umieszczenie dokładnych cytatów z listów Beksińskich czy wypowiedzi swoich rozmówców. Czym więc jest ta książka? Rodzajem wielkiego literackiego patchworku? Gigantycznym copy paste’m? Rozmyślałam o tym w domu na głos, na co zareagował Nieślubny: „Wiesz, w muzyce funkcjonują twórcy, którzy nie napisali sami ani jednego dźwięku. Taki DJ xy nagrał kiedyś płytę, która w całości składa się z fragmentów utworów innych. I jest genialna!”.

Czy „Beksińscy. Portret podwójny” to genialna książka? Może. Czy Magdalena Grzebałkowska jest utalentowaną DJką? Na pewno!

Źródło fotografii: culture.pl


O autobiografiach sportowców

O autobiografiach sportowców

Jeżeli ktoś nie wie, jakim cudem wpadłam na pomysł czytania autobiografii sportowców wyjaśniam, że to wszystko wina Andre Agassiego. Na swoim koncie mam przede wszystkim książki o rugbystach, o których w Polsce za dużo się nie mówi. Nie będę Was więc zanudzać szczegółami o sporcie, ale opowiem o tym, jak takie książki są napisane i dlaczego daleko im do wybitności. Wpis jest bogato okraszony zdjęciami oraz informacyjnie video. Będzie też muzyka.

Andre Agassi „Open”

To pierwsza autobiografia sportowca jaka wpadła w moje ręce. Jeżeli czytaliście o niej same pochlebstwa, to są one prawdziwe. Jest naprawdę dobra. Nie jest tajemnicą, że sportowcy nie piszą autobiografii sami, ale we współpracy, najczęściej z dziennikarzami, którzy widnieją potem na okładce jako współautorzy (czasem drobnym drukiem). Nie w przypadku „Open”. J. R. Moehringer, którego Agassi zatrudnił do pracy nad książką stwierdził, że to w dużej mierze dzieło samego tenisisty i jego nazwisko nie powinno widnieć na okładce. Taaak, też pomyślałam, że to chwyt marketingowy, ale po kolejnych trzech autobiografiach wiem że nie. „Open” nie jest wybitnym arcydziełem, ale jest w miarę szczerą opowieścią o życiu Agassiego. Zawiera sporo anegdotek i ciekawostek z życia na korcie i poza nim. Czytelnik może też poznać trochę ciemniejszą stronę Agassiego, jego wyskoki jako nastolatka czy epizod z narkotykami.
Książka rozpoczyna się końcem, a kończy początkiem. Taki przewrotny zabieg Agassiego, chociaż nie jakiś wyjątkowo oryginalny. W autobiografiach często można spotkać takie klamry czasowe. Koniec to dla Agassiego ostatni profesjonalny mecz, jaki zagrał (i od jego opisu zaczyna opowieść), a początek to życie ze Steffi Graff i dzieciakami u boku. Wciąż z tenisem w tle, ale jako dodatkiem a nie głównym wypełniaczem. Pomiędzy tymi dwoma punktami rozpięte jest, mniej więcej chronologicznie, życie Agassiego, o którym opowiada w pierwszej osobie. To nadaje jego książce osobistego i szczerego tonu i sprawia, że czyta się ją ze sporym zainteresowaniem. Uwaga, jest w niej trochę słów uznawanych za brzydkie. Jest to też jedyna z książek wydana po polsku.
Przerywnik muzyczny: możecie nie kojarzyć rugby, ale Dr Beats już Wam pewnie coś mówi. Oto świetna reklama z bohaterem kolejnej biografii, z haką* napisaną specjalnie na to przedsięwzięcie: 

Richie McCaw „The real McCaw”

Kolejna autobiografia, po którą sięgnęłam to książka, która na polski nigdy nie zostanie przetłumaczona. Nie wiem czy ktokolwiek, kto nie interesuje się rugby mógłby przez nią przebrnąć. Nie zrozumcie mnie źle: to jest kopalnia wiedzy o samym Richiem, chyba najwybitniejszym zawodniku tej dyscypliny, o kulisach rugby w Nowej Zelandii, o pracy zespołowej, o psychologii sportu, technikach motywacji,  o All Blacks** itp., itd. O ile jednak „Open” jest po prostu dobrze napisane, o tyle w „The real McCaw” wyczuwa się pewną sztuczność. Dziennikarze, którzy współpracują ze sportowcami oprócz rozmów z nimi samymi, rozmawiają też z rodziną, przyjaciółmi, kolegami z drużyny. Głównie po to, by nadać autobiografii chociaż odrobiny obiektywizmu. Nie jestem do końca pewna czy to wina współpiszącego dziennikarza, ale miałam wrażenie, że niektóre z rozdziałów były wciśnięte na siłę, „bo trzeba ludziom powiedzieć coś więcej o Richiem”. Zdecydowanie bardziej podobały mi się te, gdzie czuć było, że jest to w pełni opowieść samego rugbysty. Oprócz sporej hermetyczności oba wydania (nowozelandzkie i światowe) grzeszą obrzydliwymi wprost okładkami. Wiadomo, Richie nie jest najprzystojniejszy, ale naprawdę aż tak źle nie wygląda!

Przerywnik wizualny: porównanie wołających o pomstę do nieba okładek autobiografii Richiego.
Źródło: goodreads.com

Jeżeli chodzi o konstrukcję to znowu mamy tu klamrę. Tym razem główną osią opowieści są Mistrzostwa Świata w Rugby i mecze z Francją. Książka rozpoczyna się od porażki Nowej Zelandii z reprezentacją trójkolorowych w 2007 r. a kończy zwycięstwem w 2011 r. Cztery lata to droga jaką przebywa nie tylko Richie, ale całe nowozelandzkie rugby, trenerzy, działacze, drużyny. Sporo można się dowiedzieć o kulisach ważnych decyzji. Samo życie Richiego poznajemy przy okazji, z licznymi retrospekcjami. Muszę przyznać, że podoba mi się takie podejście do tematu. Przynajmniej trochę przełamuje schemat chronologicznej historyjki.

Jonah Lomu „Jonah. My story”

To chyba najgorsza książka, więc napiszę o niej też i najkrócej. Szkoda, bo Jonah to wyjątkowa postać w historii rugby. Niezwykle utalentowany stał się pierwszą supergwiazdą tego sportu. Niestety choroba nerek uniemożliwiła mu długą karierę. Co gorsza zakończyła przedwcześnie jego życie. Jonah zmarł rok temu w wieku 40 lat. Jeżeli chodzi o konstrukcję to jego autobiografię można zaliczyć niestety do najnudniejszego rodzaju zwykłych chronologicznych opowieści. Jego życie było tak barwne, że wydawać by się mogło, że nie trzeba się uciekać do specjalnych sztuczek i klamr. Niestety, mimo że napisana w pierwszej osobie razi sztucznością. Nie pisał jej sam Lomu i czuć to w każdym zdaniu. Dodatkowo często głos zabierają osoby z otoczenia sportowca (wyodrębniony tekst, inna czcionka), co za pewne ma dodać z jednej strony obiektywizmu, z drugiej przełamać schemat, ale nie wypada to dobrze. Szkoda.

Przerywnik sportowy: jeżeli wydaje Wam się, że rugby to brutalny i głupi sport przypominający futbol amerykański to obejrzyjcie poniższy filmik. Jonah Lomu jako wirtuoz i supergwiazda:

Dan Carter „The autobiography of an All Black Legend”

Jeżeli chodzi o tę autobiografię, nie jestem i nie będę obiektywna. To pierwsza, na którą naprawdę czekałam, bo jej wydanie zapowiedziano, kiedy byłam już fanką rugby. W dodatku współautorem jest przemiły nowozelandzki dziennikarz sportowy, którego teksty czytam z ciekawością. Czy wymyślił coś ciekawego? Chyba tak. Po pierwsze trzeba podkreślić, że autobiografia Dana Cartera (DC) to jeden z tych przypadków, gdzie dziennikarz wziął na siebie większość trudów pracy. Książka powstawała w ciągu 2015 roku, w czasie gdy DC przygotowywał się do Mistrzostw Świata. Dużo trenował, przygotowania i mecze wiązały się z licznymi podróżami, a oprócz tego musiał znaleźć czas dla swojej rodziny: żony i dwójki synów. Panowie zdecydowali więc, że odkryją sporo z kulisów powstawania tej książki. Cały proces pisania jak i przygotowań do mistrzostw możemy śledzić w rozdziałach, które tworzą „pamiętnik ostatniego roku”. Opatrzone są konkretną datą, miejscem, w którym akurat był Carter i sposobem w jaki panowie się komunikowali. Dzięki temu możemy prześledzić drogę jaką pokonał sportowiec by móc zagrać na mistrzostwach, a potem poznać atmosferę i wszystko, co towarzyszyło mu podczas meczów grupowych aż do finału. Smaczku całości nadaje fakt, że w momencie tworzenia książki nie było wiadomo, jak skończy się ta historia, a sama końcówka powstawała na bieżąco. Dzisiaj już wiadomo, że happy end nastąpił a sam Dan Carter mocno do tego się przyczynił (za co wyróżniono go tytułem najlepszego zawodnika finału i całego roku 2015 r.). Pomiędzy wpisami z pamiętnika znajdziemy całkiem zwyczajne, ułożone chronologicznie opowieści z życia sportowca od najmłodszych lat do tego wymarzonego zwieńczenia kariery w drużynie All Blacks. Porządnie napisane, ale raczej dla fanów rugby. 

Na koniec wsparcie estetyczne: Dan Carter na meczu z Argentyną, czerwiec 2015, Christchurch.
Źródło: pinterest.com
 

No dobrze, ponudziłam Wam o sporcie, o którym mało kto słyszał i co z tego wynika. Jeżeli chodzi o książki to okazuje się, że całkiem sporo.
Przede wszystkim skoro autobiografii sportowcy nie piszą sami, bardzo ważne jest, kto im w tym pomaga. Opisałam tu przykłady z Nowej Zelandii, ale zwłaszcza w Ameryce ogromne znaczenie ma nazwisko dziennikarza. I nie chodzi tu tylko o styl, ale także o formę a nawet i treść. Niektórzy bardziej skupiają się na karierze, niektórzy na życiu prywatnym.
Poza tym, to nie są arcydzieła. Ba, to często nie są nawet dobre książki. Trzeba więc sięgać po nie z rozwagą, albo po te naprawdę dobre (jak „Open”), albo po te z których chcemy się czegoś dowiedzieć (jak moje lektury o rugbystach).
Ważne jest też, w jakim momencie kariery jest portretowany sportowiec. Po pierwsze dlatego, że autobiografia dwudziestokilkuletniego piłkarza nie będzie nigdy stanowiła zamkniętej całości. Po drugie, Ci, którzy skończyli karierę mogą poświęcić pisaniu więcej czasu. I siłą rzeczy mają większy dystans do tego, co ich spotkało, co moim zdaniem może książce tylko pomóc.
I na koniec, autobiografia to raczej nie jest pole do eksperymentów formalnych. Ciężko wymyśleć oryginalny sposób opowiadania historii, w których chronologia jest bardzo ważna. Często też takie eksperymenty są po prostu nieudane (jak np. u Jonah Lomu). Zauważcie też, że jeżeli chodzi o okładki to panuje tu wręcz śmiertelna nuda. Musi być zdjęcie bohatera en face.
Wychodzi na to, że o autobiografiach nie mam najlepszego zdania. Pozostaję jednak niepoprawną optymistką i wierzę, że przeczytam jeszcze jakąś, która naprawdę mi się spodoba. Może Rogera Federera?

*haka – tradycyjny taniec Maorysów wykonywany w różnych sytuacjach, najbardziej znana jest jej wojenna wersja wykonywana przed bitwą, jej celem było zastraszenie przeciwnika, zademonstrowanie siły i determinacji; dzisiaj hakę wykonują drużyny sportowe przed meczami, może też być elementem honorowego powitania ważnych gości, uczczenia wydarzeń, uznania osiągnięć. Często wykonuje się ją podczas pogrzebów.

** All Blacks – zwyczajowa nazwa reprezentacji Nowej Zelandii, historia jej powstania jest długa i mocno związana z samą dyscypliną nie będę więc nią zanudzać. Dość powiedzieć, że kolor strojów rugbystów nie jest tu bez znaczenia. 

Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger