Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Niezrecenzowane #2

Niezrecenzowane #2

W tym roku dość ciężko znaleźć mi czas na pisanie bloga. Mam jednak nadzieję, że przetrwacie ze mną tę chwilę słabości. Pracuję nad zaległymi wpisami, a dzisiaj mam dla Was kilka interesujących pozycji w jednym pakiecie. Będzie kobieco i muzycznie!

 

On, Zośka Papużanka

Książka nominowana do Paszportu Polityki za 2016 rok cieszyła się sporą popularnością w blogosferze. U mnie wywołała mieszane uczucia - postawiłabym ją na półce obok "Białej Riki" Magdaleny Parys. Historię Śpika i jego mamy czyta się przyjemnie, nie można autorce odmówić lekkiego pióra i poczucia humoru. Fantastyczne są fragmenty poświęcone szkole podstawowej lat 80-tych. Każdy kto to przeżył, nie będzie mógł powstrzymać uśmiechu. Dodatkowo Papużanka jako nauczycielka opisuje pedagogów bez nabożnej czci. Autorka też po mistrzowsku wyśmiewa tradycyjnie podręcznikowe podejście do literatury. To czemu marudzę? Bo powieść się w pewnym momencie rozpada. Nie wiem już czy jest ona historią mamy Śpika, czy może koleżanki chłopca - narratorki. Sam bohater znika pod koniec, staje się niewidoczny i przezroczysty, a przez to jego historia jest niedomknięta. Szkoda.

Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith

Książkę tę większość zaliczy do autobiografii i literatury non-fiction. Patti Smith opisuje historię swojego związku z Robertem Mapplethorpem od przypadkowego spotkania po ostatnie dni życia znanego dziś fotografa. Gdy się poznali, żadne z nich nie było sławne, razem więc uczyli się artystycznego świata Nowego Jorku, zdobywali doświadczenie i rozwijali swoją wrażliwość. Z jednej strony jest to obraz lat 70-tych z uwiecznionymi na nim wieloma sławnymi ludźmi: Hotel Chelsea, Janis Joplin czy gdzieś w tle Andy Warhol. Z drugiej strony to prosta historia wrażliwej dziewczyny i zagubionego chłopaka, ich uniesienia, wzloty i upadki, sukcesy i porażki, kłótnie i momenty szczęścia. Dzięki temu książka wielkiej gwiazdy rocka nabiera uroczej uniwersalności. Warto po nią sięgnąć.


Zespół Sleaford Mods na festiwalu ATP w 2016 r. Obraz namalowała podczas koncertu Gina Southgate. 
http://artistginasouthgate.weebly.com

 

Będziesz smażyć się w piekle, Krzysztof Owedyk

Nie czytam komiksów, ten jednak od początku zaintrygował mnie tematem a zewsząd spływały pozytywne opinie. Gdy do domu przyszła paczka, słuszność zakupu potwierdził okrzyk zachwytu: "Kupiłaś komiks Prosiaka?!". Właściwie wolę określenie powieść graficzna i do tej historii nadaje się ono idealnie. Główny bohater, muzyk z powołania, ojciec i mąż, rozpoczyna przygodę ze światem show biznesu. I wcale nie jest tak różowo jak oczekiwał. Problemy tylko narastają, w domu i w życiu zawodowym, a spodziewanych kokosów z tego nie ma. Jest to jednak historia z prawdziwym happy endem, w której każdy dostaje to, na co zasłużył. I można by się przyczepić, że to zbyt proste rozwiązanie. Znajdzie się też parę niedociągnięć w samej fabule (skąd żona ma pieniądze na wizyty u psychologa, skoro nie stać ich na okulary dla córki?), ale można je wybaczyć. Komiks jest przepięknie wydany, podzielony na rozdziały, jak płyta na kolejne utwory muzyczne. Do tego naprawdę dobrze narysowany, dynamicznie, mrocznie, tak jak na prawdziwym koncercie rockowym. Zachwycił mnie też perkusista mówiący gwarą śląską. Pozycja obowiązkowa dla fanów muzyki i miłośników powieści graficznej.


Niezrecenzowane #1

Niezrecenzowane #1

Zastanawiałam się czy podsumowywać 2016 rok na blogu i zanim podjęłam decyzję minęło półtora miesiąca. W połowie lutego wszyscy mają już za sobą rankingi minionego roku i plany na ten właśnie rozpoczęty. Musztarda po obiedzie. Ja jednak lubię klamry postanowiłam więc podzielić się z Wami uwagami na temat książek, które warto przeczytać, a o których nie pisałam szerzej na blogu. 

 

Kryminały Chmielewskiej

Królowa jest tylko jedna. Podobno. Kryminały to nie jest mój ulubiony gatunek literacki, ale muszę przyznać, że Joanna Chmielewska pisała je wyśmienicie. "Krokodyl z kraju Karoliny" i "Wyścigi" przeleżały u mnie na półce kilkanaście lat, ale w ramach Babskiego Czytania 2016 przyszedł na nie czas. Było warto! Ujęła mnie główna bohaterka, energiczna, dowcipna i inteligentna Joanna. Trochę wścibska, ale z ogromnym dystansem do siebie. Ciężko jej nie polubić. Do tego żyła w Warszawie i choć w "Krokodylu", by rozwiązać zagadkę musi wyjechać do Kopenhagi, a w "Wyścigach" siedzi głównie na Służewcu to w obu powieściach czuć klimat stołecznego miasta. No i konie. W tym temacie jestem laikiem i raczej nim pozostanę, ale chylę czoła przed pasją z jaką autorka potrafi pisać o wyścigach. 

 

"Obwód głowy" Włodzimierza Nowaka

Bez wątpienia jest to jeden z lepszych zbiorów reportaży, jakie przyszło mi czytać. Nowak pisze o granicach polsko-niemieckich tych namacalnych fizycznych i tych mniej uchwytnych w czasie i przestrzeni. Niezwykle oszczędnym językiem opisuje niesamowite, czasem wręcz nieprawdopodobne historie. Czy pamiętacie, że nad Odrą kwitł kiedyś przemyt Afgańczyków? Czy wiedzieliście, co to był Lebensborn? Czy przyszło Wam kiedyś do głowy jak wyglądało Powstanie Warszawskie oczami niemieckiego żołnierza? Jest to obowiązkowa lektura nie tylko dla miłośników reportażu, ale przede wszystkim dobrych historii.

 

"Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" Ota Pavel

Uwielbiam książki o sporcie, autobiografie czy historie dyscyplin. Jednak to, co zrobił Ota Pavel opisując historię skoczka narciarskiego z niczym nie może się równać. Jest i księżniczka, są trzewiki, ciotka jak dobra wróżka, jesion, który staje się nartami, bal w Paryżu, a do tego ciężka praca sportowca. Niby magia i morał, a jednak wszystko niezwykle prawdziwe. W zbiorze wydanym w 2016 roku przez Dowody na Istnienie znajdziemy też bardziej tradycyjne reportaże poświęcone czechosłowackim sportowcom. Każdy z nich zawiera coś z magicznego stylu Ota Pavla, ale nie dorównuje tytułowemu dziełu.

 

Trylogia z Szackim Miłoszewskiego czytana przez Roberta Jarocińskiego

Dzięki Przestrzeniom Tekstu usłyszałam Roberta Jarocińskiego a dzięki Ekrudzie wiedziałam, gdzie kupić audiobooki za rozsądną cenę. I dałam się przekonać, polubiłam słuchanie książek. Nie bez znaczenia było to, że pierwszego tomu słuchałam wałęsając się po Warszawie. I fakt, że Robert Jarociński jako lektor skradł moje serce. Pamiętajcie, zanim kupicie audiobook sprawdźcie czy odpowiada Wam głos czytającej/czytającego. I nigdy przenigdy nie zaczynajcie przygody ze słuchaniem, jeżeli Wam nie podpasuje, choćby nie wiem, jak interesowała Was sama książka.


Jeżeli zaś chodzi o kryminały - podobno to nie jest mój ulubiony gatunek, ale skoro polecam kolejne trzy pozycje, sama zaczynam mieć poważne wątpliwości - to Miłoszewski ujął mnie swoim zamiłowaniem do historii. W każdej części sięga w przeszłość, dotyka bolesnych i skomplikowanych tematów, które odbijają się echem do dziś. Mistrzostwo osiągnął w "Ziarnie prawdy", gdzie nie tylko opisuje Sandomierz, miasto samo w sobie pełne historii, nawiązuje do skomplikowanych stosunków polsko-żydowskich, miesza w to okres tuż po II wojnie światowej dokładając państwowy aparat represji i żołnierzy wyklętych, a także wplata w fabułę opowieść o słynnej sprawie połanieckiej (tej z "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki). Do tego główny bohater, białowłosy prokurator, czasem irytujący, czasem dowcipny, w miarę błyskotliwy, który przechodzi przemianę od faceta z kryzysem wieku średniego i śmiejącego się z seksistowskich tekstów kolegi w "Uwikłaniu" po walczącego z przemocą domową, nawet w formie werbalnej, olsztyńskiego szeryfa ("Gniew"). Poczucie humoru, nawiązania do literatury i krótkie informacje z dzienników na rozpoczęcie każdego rozdziału sprawiają, że powieści Miłoszewskiego czyta (bądź słucha się) bardzo przyjemnie.

Na niekoniecznie papierowym blogu nadszedł więc czas na 2017 rok! Może polecicie mi coś, co Was zachwyciło w poprzednich 12-14 miesiącach?


Listę wszystkich moich lektur znajdziecie tu i oczywiście na Goodreads.

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Beksiński jest tak charakterystycznym artystą, że nie mogłam tego wpisu zilustrować dziełami kogoś innego, "Strefa II", lata 50-te.
Na ostatnim spotkaniu z cyklu „Czytaj nie czekaj. Awantury o książki” Sylwia Chutnik nawiązując do sposobu w jaki powstawała „Lalka” Bolesława Prusa (cotygodniowe odcinki publikowane w gazecie) powiedziała, że osoby zmuszone do regularnego pisania tekstów często noszą je ze sobą i do końca nie mogą być pewne, gdzie je zaprowadzą. Okazuje się, że ma to zastosowanie do osób zdecydowanie mniej utalentowanych niż Sylwia Chutnik i Bolesław Prus. Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” nie chciałam pisać recenzji. Co zatem czytacie w tej chwili? Tekst, który powstał jakby sam, przy kuchennym stole, na basenie a ostatnie zdanie wypłynęło w jacuzzi. 

Magdalena Grzebałkowska wykonała tytaniczną pracę przy pisaniu tej książki. Gdy patrzę na przypisy, nie mogę wyjść z podziwu nad tym, ile czasu musiała spędzić czytając korespondencję Beksińskich, ile energii musiała włożyć w spotkania z osobami, które ich znały, ile siły i delikatności użyć, by przekonać do rozmowy i udostępnienia materiałów. A przecież nie są to tylko listy, które obaj, Zdzisław i Tomasz, pisali są to też listy Zofii, pamiętnik foniczny i wideo całej rodziny. Są to także programy telewizyjne i radiowe, wywiady udzielone mediom, audycje radiowe młodszego Beksińskiego. Grzebałkowska musiała to wszystko przeczytać, przesłuchać i obejrzeć, przeanalizować i złożyć tak, by przekazać czytelnikowi spójną historię. Zresztą trochę wbrew tytułowi nie jest to tylko portret panów Beksińskich. Choć bez wątpienia grają oni pierwsze skrzypce, książka byłaby niepełna bez Zofii (żony i matki) oraz babć, zwłaszcza babci Beksińskiej. Mogłoby się wydawać, że dzięki swoistemu ekshibicjonizmowi Zdzisława (nawet znajomi narzekali jak długie listy potrafił pisać), kompulsywnej konieczności opisywania najzwyklejszych szczegółów codziennego życia, Magdalena Grzebałkowska miała ułatwione zadanie. Nic bardziej mylnego. Bo z natłoku informacji co Beksińscy jedli, gdzie pojechali i z kim rozmawiali, musiała wyłuskać rzeczy istotne i warte przekazania czytelnikowi. O tym, jak trudno pracuje się reporterowi w takich warunkach i jak przytłaczająca może być ilość informacji pisał też Cezary Łazarewicz w książce o sprawie Grzegorza Przemyka

 Nie jestem fanką malarstwa Beksińskiego, zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie jego fotografie, "Kompozycja", lata 50-te.
Tym większy podziw wzbudza obiektywność z jaką autorka podeszła do rodziny Beksińskich. Nie ma w tej książce taniej psychologii czy nachalnych prób tłumaczenia zawiłych stosunków rodzinnych i samobójczej śmierci Tomka. Owszem, są drobne wskazówki, lekko zarysowane hipotezy, ale tak delikatne i wycofane, że pozostawiają czytelnikowi dużą swobodę interpretacji (a te potrafią być przeróżne). Przede wszystkim jednak świadczą o ogromnym szacunku i wyczuciu autorki. Opinia publiczna wydała swego czasu wyrok na rodzinę Beksińskich, tymczasem Magdalena Grzebałkowska napisała książkę, którą udowadnia jak niesprawiedliwy mógł być to osąd. 

„Beksińscy” to nie tylko opis skomplikowanych relacji międzyludzkich, lęków i obsesji, zmagań z rzeczywistością, do której nijak się nie przystaje.  To także fantastyczny opis procesu twórczego Zdzisława Beksińskiego, jego  inspiracji i stosunku do dzieł. Nie jest niczym wyjątkowym, że publiczny odbiór obrazów artysty drastycznie rozmija się z jego indywidualnym podejściem czy intencjami. Magdalena Grzebałkowska świetnie to przedstawia. Dodatkowo podkreśla jakim błędem jest nadawanie samemu twórcy cech jego dzieł. Bo jak ktoś, kto maluje tak ponure obrazy, może po prostu jeść banalną pizzę czy kurczaka z KFC? Niezwykle ciekawe jest też oddanie realiów czasów, w jakich przyszło żyć Beksińskim: PRLowskiej prowincji jaką był Sanok, możliwości jakie dawało życie w stolicy czy zmianom jakie przyszły wraz z przełomem politycznym. Można też prześledzić dokładnie, jak nudne i mało twórcze potrafi być życie artysty, ile czasu potrzeba na organizowanie i administrowanie, rozmowy, korespondencję, jak ważne są znajomości na rynku sztuki. Podobnie zresztą świetnie przedstawiony jest mechanizm funkcjonowania polskich mediów, zwłaszcza ten z końca XX wieku.

Muszę przyznać, że parę razy zgubiłam się w natłoku informacji. Czasem autorka wspomina o jakimś wydarzeniu dużo wcześniej, a gdy nadchodzi jego właściwy czas nie powtarza ważnych szczegółów, a czytelnik o słabszej pamięci skazany jest na wertowanie kilkuset stron w poszukiwaniu odpowiedniego fragmentu. Podobnie zagubiona czułam się jeżeli chodzi o obrazy. Chociaż książka zawiera liczne reprodukcje wydawało mi się, że nie ma tam wszystkich ważnych opisywanych w tekście dzieł. Szkoda, ale na całe szczęście są to jedynie drobnostki, które nie psują ogólnego wrażenia. 

Jedna rzecz długo nie dawała mi spokoju: jak oceniać książkę, która w większości składa się z cytatów? Oczywiście, że porządne biografie czy reportaże opierają się na wielu źródłach, ale Grzebałkowska zdecydowała się na umieszczenie dokładnych cytatów z listów Beksińskich czy wypowiedzi swoich rozmówców. Czym więc jest ta książka? Rodzajem wielkiego literackiego patchworku? Gigantycznym copy paste’m? Rozmyślałam o tym w domu na głos, na co zareagował Nieślubny: „Wiesz, w muzyce funkcjonują twórcy, którzy nie napisali sami ani jednego dźwięku. Taki DJ xy nagrał kiedyś płytę, która w całości składa się z fragmentów utworów innych. I jest genialna!”.

Czy „Beksińscy. Portret podwójny” to genialna książka? Może. Czy Magdalena Grzebałkowska jest utalentowaną DJką? Na pewno!

Źródło fotografii: culture.pl


O autobiografiach sportowców

O autobiografiach sportowców

Jeżeli ktoś nie wie, jakim cudem wpadłam na pomysł czytania autobiografii sportowców wyjaśniam, że to wszystko wina Andre Agassiego. Na swoim koncie mam przede wszystkim książki o rugbystach, o których w Polsce za dużo się nie mówi. Nie będę Was więc zanudzać szczegółami o sporcie, ale opowiem o tym, jak takie książki są napisane i dlaczego daleko im do wybitności. Wpis jest bogato okraszony zdjęciami oraz informacyjnie video. Będzie też muzyka.

Andre Agassi „Open”

To pierwsza autobiografia sportowca jaka wpadła w moje ręce. Jeżeli czytaliście o niej same pochlebstwa, to są one prawdziwe. Jest naprawdę dobra. Nie jest tajemnicą, że sportowcy nie piszą autobiografii sami, ale we współpracy, najczęściej z dziennikarzami, którzy widnieją potem na okładce jako współautorzy (czasem drobnym drukiem). Nie w przypadku „Open”. J. R. Moehringer, którego Agassi zatrudnił do pracy nad książką stwierdził, że to w dużej mierze dzieło samego tenisisty i jego nazwisko nie powinno widnieć na okładce. Taaak, też pomyślałam, że to chwyt marketingowy, ale po kolejnych trzech autobiografiach wiem że nie. „Open” nie jest wybitnym arcydziełem, ale jest w miarę szczerą opowieścią o życiu Agassiego. Zawiera sporo anegdotek i ciekawostek z życia na korcie i poza nim. Czytelnik może też poznać trochę ciemniejszą stronę Agassiego, jego wyskoki jako nastolatka czy epizod z narkotykami.
Książka rozpoczyna się końcem, a kończy początkiem. Taki przewrotny zabieg Agassiego, chociaż nie jakiś wyjątkowo oryginalny. W autobiografiach często można spotkać takie klamry czasowe. Koniec to dla Agassiego ostatni profesjonalny mecz, jaki zagrał (i od jego opisu zaczyna opowieść), a początek to życie ze Steffi Graff i dzieciakami u boku. Wciąż z tenisem w tle, ale jako dodatkiem a nie głównym wypełniaczem. Pomiędzy tymi dwoma punktami rozpięte jest, mniej więcej chronologicznie, życie Agassiego, o którym opowiada w pierwszej osobie. To nadaje jego książce osobistego i szczerego tonu i sprawia, że czyta się ją ze sporym zainteresowaniem. Uwaga, jest w niej trochę słów uznawanych za brzydkie. Jest to też jedyna z książek wydana po polsku.
Przerywnik muzyczny: możecie nie kojarzyć rugby, ale Dr Beats już Wam pewnie coś mówi. Oto świetna reklama z bohaterem kolejnej biografii, z haką* napisaną specjalnie na to przedsięwzięcie: 

Richie McCaw „The real McCaw”

Kolejna autobiografia, po którą sięgnęłam to książka, która na polski nigdy nie zostanie przetłumaczona. Nie wiem czy ktokolwiek, kto nie interesuje się rugby mógłby przez nią przebrnąć. Nie zrozumcie mnie źle: to jest kopalnia wiedzy o samym Richiem, chyba najwybitniejszym zawodniku tej dyscypliny, o kulisach rugby w Nowej Zelandii, o pracy zespołowej, o psychologii sportu, technikach motywacji,  o All Blacks** itp., itd. O ile jednak „Open” jest po prostu dobrze napisane, o tyle w „The real McCaw” wyczuwa się pewną sztuczność. Dziennikarze, którzy współpracują ze sportowcami oprócz rozmów z nimi samymi, rozmawiają też z rodziną, przyjaciółmi, kolegami z drużyny. Głównie po to, by nadać autobiografii chociaż odrobiny obiektywizmu. Nie jestem do końca pewna czy to wina współpiszącego dziennikarza, ale miałam wrażenie, że niektóre z rozdziałów były wciśnięte na siłę, „bo trzeba ludziom powiedzieć coś więcej o Richiem”. Zdecydowanie bardziej podobały mi się te, gdzie czuć było, że jest to w pełni opowieść samego rugbysty. Oprócz sporej hermetyczności oba wydania (nowozelandzkie i światowe) grzeszą obrzydliwymi wprost okładkami. Wiadomo, Richie nie jest najprzystojniejszy, ale naprawdę aż tak źle nie wygląda!

Przerywnik wizualny: porównanie wołających o pomstę do nieba okładek autobiografii Richiego.
Źródło: goodreads.com

Jeżeli chodzi o konstrukcję to znowu mamy tu klamrę. Tym razem główną osią opowieści są Mistrzostwa Świata w Rugby i mecze z Francją. Książka rozpoczyna się od porażki Nowej Zelandii z reprezentacją trójkolorowych w 2007 r. a kończy zwycięstwem w 2011 r. Cztery lata to droga jaką przebywa nie tylko Richie, ale całe nowozelandzkie rugby, trenerzy, działacze, drużyny. Sporo można się dowiedzieć o kulisach ważnych decyzji. Samo życie Richiego poznajemy przy okazji, z licznymi retrospekcjami. Muszę przyznać, że podoba mi się takie podejście do tematu. Przynajmniej trochę przełamuje schemat chronologicznej historyjki.

Jonah Lomu „Jonah. My story”

To chyba najgorsza książka, więc napiszę o niej też i najkrócej. Szkoda, bo Jonah to wyjątkowa postać w historii rugby. Niezwykle utalentowany stał się pierwszą supergwiazdą tego sportu. Niestety choroba nerek uniemożliwiła mu długą karierę. Co gorsza zakończyła przedwcześnie jego życie. Jonah zmarł rok temu w wieku 40 lat. Jeżeli chodzi o konstrukcję to jego autobiografię można zaliczyć niestety do najnudniejszego rodzaju zwykłych chronologicznych opowieści. Jego życie było tak barwne, że wydawać by się mogło, że nie trzeba się uciekać do specjalnych sztuczek i klamr. Niestety, mimo że napisana w pierwszej osobie razi sztucznością. Nie pisał jej sam Lomu i czuć to w każdym zdaniu. Dodatkowo często głos zabierają osoby z otoczenia sportowca (wyodrębniony tekst, inna czcionka), co za pewne ma dodać z jednej strony obiektywizmu, z drugiej przełamać schemat, ale nie wypada to dobrze. Szkoda.

Przerywnik sportowy: jeżeli wydaje Wam się, że rugby to brutalny i głupi sport przypominający futbol amerykański to obejrzyjcie poniższy filmik. Jonah Lomu jako wirtuoz i supergwiazda:

Dan Carter „The autobiography of an All Black Legend”

Jeżeli chodzi o tę autobiografię, nie jestem i nie będę obiektywna. To pierwsza, na którą naprawdę czekałam, bo jej wydanie zapowiedziano, kiedy byłam już fanką rugby. W dodatku współautorem jest przemiły nowozelandzki dziennikarz sportowy, którego teksty czytam z ciekawością. Czy wymyślił coś ciekawego? Chyba tak. Po pierwsze trzeba podkreślić, że autobiografia Dana Cartera (DC) to jeden z tych przypadków, gdzie dziennikarz wziął na siebie większość trudów pracy. Książka powstawała w ciągu 2015 roku, w czasie gdy DC przygotowywał się do Mistrzostw Świata. Dużo trenował, przygotowania i mecze wiązały się z licznymi podróżami, a oprócz tego musiał znaleźć czas dla swojej rodziny: żony i dwójki synów. Panowie zdecydowali więc, że odkryją sporo z kulisów powstawania tej książki. Cały proces pisania jak i przygotowań do mistrzostw możemy śledzić w rozdziałach, które tworzą „pamiętnik ostatniego roku”. Opatrzone są konkretną datą, miejscem, w którym akurat był Carter i sposobem w jaki panowie się komunikowali. Dzięki temu możemy prześledzić drogę jaką pokonał sportowiec by móc zagrać na mistrzostwach, a potem poznać atmosferę i wszystko, co towarzyszyło mu podczas meczów grupowych aż do finału. Smaczku całości nadaje fakt, że w momencie tworzenia książki nie było wiadomo, jak skończy się ta historia, a sama końcówka powstawała na bieżąco. Dzisiaj już wiadomo, że happy end nastąpił a sam Dan Carter mocno do tego się przyczynił (za co wyróżniono go tytułem najlepszego zawodnika finału i całego roku 2015 r.). Pomiędzy wpisami z pamiętnika znajdziemy całkiem zwyczajne, ułożone chronologicznie opowieści z życia sportowca od najmłodszych lat do tego wymarzonego zwieńczenia kariery w drużynie All Blacks. Porządnie napisane, ale raczej dla fanów rugby. 

Na koniec wsparcie estetyczne: Dan Carter na meczu z Argentyną, czerwiec 2015, Christchurch.
Źródło: pinterest.com
 

No dobrze, ponudziłam Wam o sporcie, o którym mało kto słyszał i co z tego wynika. Jeżeli chodzi o książki to okazuje się, że całkiem sporo.
Przede wszystkim skoro autobiografii sportowcy nie piszą sami, bardzo ważne jest, kto im w tym pomaga. Opisałam tu przykłady z Nowej Zelandii, ale zwłaszcza w Ameryce ogromne znaczenie ma nazwisko dziennikarza. I nie chodzi tu tylko o styl, ale także o formę a nawet i treść. Niektórzy bardziej skupiają się na karierze, niektórzy na życiu prywatnym.
Poza tym, to nie są arcydzieła. Ba, to często nie są nawet dobre książki. Trzeba więc sięgać po nie z rozwagą, albo po te naprawdę dobre (jak „Open”), albo po te z których chcemy się czegoś dowiedzieć (jak moje lektury o rugbystach).
Ważne jest też, w jakim momencie kariery jest portretowany sportowiec. Po pierwsze dlatego, że autobiografia dwudziestokilkuletniego piłkarza nie będzie nigdy stanowiła zamkniętej całości. Po drugie, Ci, którzy skończyli karierę mogą poświęcić pisaniu więcej czasu. I siłą rzeczy mają większy dystans do tego, co ich spotkało, co moim zdaniem może książce tylko pomóc.
I na koniec, autobiografia to raczej nie jest pole do eksperymentów formalnych. Ciężko wymyśleć oryginalny sposób opowiadania historii, w których chronologia jest bardzo ważna. Często też takie eksperymenty są po prostu nieudane (jak np. u Jonah Lomu). Zauważcie też, że jeżeli chodzi o okładki to panuje tu wręcz śmiertelna nuda. Musi być zdjęcie bohatera en face.
Wychodzi na to, że o autobiografiach nie mam najlepszego zdania. Pozostaję jednak niepoprawną optymistką i wierzę, że przeczytam jeszcze jakąś, która naprawdę mi się spodoba. Może Rogera Federera?

*haka – tradycyjny taniec Maorysów wykonywany w różnych sytuacjach, najbardziej znana jest jej wojenna wersja wykonywana przed bitwą, jej celem było zastraszenie przeciwnika, zademonstrowanie siły i determinacji; dzisiaj hakę wykonują drużyny sportowe przed meczami, może też być elementem honorowego powitania ważnych gości, uczczenia wydarzeń, uznania osiągnięć. Często wykonuje się ją podczas pogrzebów.

** All Blacks – zwyczajowa nazwa reprezentacji Nowej Zelandii, historia jej powstania jest długa i mocno związana z samą dyscypliną nie będę więc nią zanudzać. Dość powiedzieć, że kolor strojów rugbystów nie jest tu bez znaczenia. 

Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, Samar Yazbek

Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, Samar Yazbek

Imranovi, Massacres Ahead, 2013 r. “Signs are put on the roads for your safety”

Skończyłam czytać książkę Yazbek we wtorek 13 września. Pamiętam tę datę dokładnie, gdyż tamtego ranka ze zdziwieniem śledziłam serwisy informacyjne, które obwieszczały, że mimo kilku incydentów zawieszenie broni w Syrii ogłoszone w poniedziałek po południu wciąż się utrzymuje. Kręciłam głową z ogromnym niedowierzaniem i jednocześnie nadzieją. Chciałam, pewnie jak wielu, wierzyć, że niemożliwe jest możliwe. Dzisiaj już wiadomo, że z kolejnej próby rozwiązania konfliktu i pomocy ludności cywilnej nic nie wyszło. Jeżeli chcielibyście zrozumieć trochę lepiej dlaczego, warto sięgnąć po „Przeprawę”.

Książka Samar Yazbek ma kilka niezaprzeczalnych zalet. Po pierwsze, jest przepięknie wydana. Minimalistyczna okładka, miły w dotyku papier, wygodny format, nawet czcionka, wszystko sprawiało, że trzymałam tę książkę w ręku z ogromną przyjemnością. Po drugie, wstęp autorstwa Piotra Balcerowicza wyjaśniający sytuację polityczną w Syrii, co się stało w 2011 r., dlaczego z pokojowych demonstracji rozpętała się wojna (praktycznie światowa), jakie interesy mają rozliczne grupy i państwa zaangażowane w konflikt i wiele innych kwestii. Na czterdziestu paru stronach dostajemy podstawową wiedzę, pełną faktów, ale podaną w tak przystępny sposób, że powinna to być lektura obowiązkowa dla każdego. Niby można czytać reportaż Yazbek bez wstępu Balcerowicza, ale jeżeli miałabym wybierać to zrobiłabym raczej na odwrót. 

O tym, jak cenny jest wstęp Piotra Balcerowicza, niech zaświadczy poniższy filmik. Ręka do góry, kto zrozumiał po pierwszym obejrzeniu, o co w tym chodzi?

Po trzecie, „Przeprawa” to opowieść Syryjki, spojrzenie na konflikt oczami kogoś, kto wychował się w kraju obecnie ogarniętym wojną i kogoś, kto wciąż kocha tamte ziemie i ich mieszkańców. Nie sądzę, by ktokolwiek z opisujących konflikt obcokrajowców był w stanie przedstawić to w podobny do Yazbek sposób. Autorka, pisarka i dziennikarka, została zmuszona do opuszczenia Syrii w 2011 r. Wracała do swojego kraju trzykrotnie po wybuchu zbrojnego konfliktu. Zaangażowała się w lokalne projekty wspierające przede wszystkim kobiety w osiągnięciu jakiejkolwiek samodzielności czy edukację dzieci. Ten czas poświęciła także na rozmowy, które niczym Szecherezada opowiada nam w „Przeprawie”. Nie napisała zwykłego reportażu czy analizy, jej historie są przepełnione emocjami, bólem, gniewem, buntem czy bezsilnością. Yazbek przekazuje nam opowieści, które powierzyli jej inni. Dzięki temu widzimy jak ostatkami sił niektórzy próbują prowadzić normalne życie i jak ponoszą w tym klęskę. Oprócz historii zwykłych ludzi, dostajemy też rozmowy z bojownikami czy dowódcami walczących oddziałów. Yazbek była też świadkiem porwania dziennikarza Marcina Sudera, co polskiemu czytelnikowi dobitnie przypomina, jak brutalny to konflikt. 

Autorka już na samym początku uprzedza, że nie będzie w stanie zachować chronologii czy wszystkich zależności przyczynowo-skutkowych. Z jednej strony powoduje to zamęt, czasem można się pogubić, gdzie, kiedy i po co autorka jedzie i co właściwie robi (np. jedzie do szpitala ze znajomymi bojownikami, bo mają być tam potrzebni, po czym opisuje jak szwenda się bez celu wśród łóżek rannych). Z drugiej strony, da się mimo wszystko zauważyć, jak z każdą kolejną podróżą sytuacja się pogarsza: konflikt się zaostrza, coraz trudniej jest prowadzić chociaż szczątkowe normalne życie, obecność autorki zaczyna stanowić zagrożenie dla tych, którzy jej pomagają, (także dlatego, że jest kobietą), a dodatkowo w jej kraju coraz więcej jest obcych, ekstremistów, którzy de facto zawłaszczają Syrię.

Mimo ogromnych zalet, „Przeprawa” nie jest książką idealną. Jest świetna tam, gdzie autorka daje świadectwo, opowiada nam historie innych czy relacjonuje rozmowy z walczącymi (wstrząsający wywiad z dowódcą Ahrar Latakii). Niedomaga tam, gdzie Yazbek spisuje swoje myśli. Robi to często topornie i bardzo infantylnie. Zdecydowanie nie jest autorką, której wrażliwość przemawia do mnie w 100%. 

„Przeprawa”, jeżeli przeczytacie ją z uwagą, dostarczy Wam ogromnej dawki wiedzy, ale i pozbawi wielu złudzeń. Pozostawi z gorzkimi pytaniami czy Syria w ogóle jeszcze istnieje i jaką przyszłość ma przed sobą ten region i jego mieszkańcy. Nawet jeżeli nie jest to łatwa i przyjemna lektura, nawet jeżeli (tak jak mnie) będzie Was trochę irytował styl autorki, to czas, który jej poświęcicie, nie będzie stracony.

Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii, Samar Yazbek, tłum. Urszula Gardner, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. 

Źródło zdjęcia: artrepresent.com, zajrzyjcie na tę stronę po więcej!
Żeby nie było śladów, Cezary Łazarewicz

Żeby nie było śladów, Cezary Łazarewicz

„Nie ma w tej książce niczego, co po jej zamknięciu dodawałoby otuchy. Nie potrafiłem znaleźć happy endu” 
Cezary Łazarewicz, „Sztuka kłamstwa w PRL-u”, Magazyn Książki Nr 1 (20) marzec 2016.

Matka z zabitym dzieckiem, Andrzej Wróblewski, 1949 r.

Chciałam napisać Wam o tej książce już od dawna, od premiery w lutym. Jej recenzję miałam ułożoną w głowie prawie zdanie po zdaniu, ale kiedy siadałam do komputera nie byłam w stanie wydusić z siebie więcej niż dwóch akapitów. Za każdym razem nowych i mocno niedoskonałych. „Żeby nie było sladów” jest jednym z lepszych reportaży jakie przeczytałam, więc nie mogę o nim nie napisać na blogu. Poniżej kilka słów o tym, że Wy też powinniście go przeczytać.

Książka Łazarewicza jest jak film Hitchcocka, zaczyna się od trzesięnia ziemi i trzyma w napięciu do ostatnich stron. Grzegorz Przemyk w 1983 roku miał 19 lat. Został pobity przez policjantów tak brutalnie, że zmarł kilka dni później w wyniku odniesionych obrażeń. Winnych nigdy nie ukarano. Cezary Łazarewicz odtwarza z niezwykłą precyzją nie tylko to, co wydarzyło się tego feralnego dnia, ale także kolejne tygodnie, miesiące i lata. Opisuje najbardziej prawdopodobny przebieg wydarzeń, jak Przemyka odwieziono na pogotowie, jak wypisano do domu i jak kilka dni później znalazł się w szpitalu, gdzie lekarze nie zdążyli go już uratować. Niezwykle obrazowo przedstawia jak powoli sprawa trafia na coraz wyższe szczeble władzy aż ląduje na biurku samego Kiszczaka. I jak zaprzęga on ogromną machinę państwową tylko i wyłącznie po to, by nie dopuścić do ukarania winnych. To nie była sprawa polityczna, a mimo wszystko milicjanci stali się nietykalni. Przez około rok od tragicznej śmierci zadbano o to, by oczernić pracowników pogotowia, wymyślano nieprawdopodobne historie, śledzono każdy krok wszystkich, którzy w tych ostatnich chwilach byli z Przemykiem. Łazarewicz wspomina, że dzięki temu, a właściwie przez to, musiał przerbnąć przez tony dokumentów. Niektórych nic nie wnoszących. Wykonał tytaniczną pracę, porozmawiał z wieloma osobami, próbował dotrzeć do wszystkich i choć czasem spotkał się z odmową, nie ulega wątpliwości, że ta książka jest świetna.

Cezary Łazarewicz nie unika osobistego tonu, jest obecny jako reporter próbujący dojść prawdy. Zwierza się czytelnikowi z kłopotów, czasem z wątpliwości. Jak mówił w wielu wywiadach, traktował tę książkę jako odpowiedź na wezwanie matki Przemyka. Barbara Sadowska i historia jej życia są zresztą świetnym uzupełnieniem głównego wątku. Doskonale wykorzystanym przez autora do pokazania losów kobiety, którą tak mocno doświadczył los, ale także dla zaprezentowania czytelnikowi szerszego planu tamtych czasów.

Warto sięgnąć po tę książkę, chociaż nie jest to łatwa lektura. Przez jej kartki przewijają się nazwiska osób wciąż aktywnych w polskim życiu publicznym, a Łazarewicz nie zatrzymuje się na latach 80-tych, ale opisuje też przełom lat 90-tych, jakie konsekwencje dla niektórych polityków miało wyjście tej sprawy na jaw. Przedstawia też procesy, w których po latach bezskutecznie próbowano ukarać winnych. Zresztą, ciekawych fragmentów, fascynujących postaci pierwszo- i drugoplanowych, zwykłych ludzi, którzy od początku wiedzą, co jest dobre i takich, którzy muszą dojść do tego krętą drogą, ale też i wyrafinowanych cyników jest w tej opowieści wiele. Porządna lekcja trudnej historii.

Źródło ilustracji: wyborcza.pl

Śmierć w Amazonii, Artur Domosławski

Śmierć w Amazonii, Artur Domosławski

Artur Domosławski jest w Polsce niekwestionowanym autorytetem w sprawach Ameryki Łacińskiej. Nie wiem czy jest drugi reporter, który poświęcił tyle czasu na podróże na ten piękny kontynent. I to nie jakieś tam wycieczki, ale wyprawy w głąb puszczy, w miejsca, w które zwykli ludzie się nie zapuszczają. Nie da się przecenić wiedzy i doświadczenia, a także wrażliwości jaką zdobył rozmawiając z mieszkańcami Argentyny, Meksyku czy Peru. Jego “Gorączka latynoamerykańska” i teksty publikowane w prasie są obowiązkową lekturą, dla każdego, kto chce się o tym regionie świata dowiedzieć więcej. “Śmierć w Amazonii” wydana w 2013 roku nie jest złą książką, ale jest niebezpieczna.

Właściwie są to trzy reportaże poruszające ważne kwestie dotyczące puszczy amazońskiej: wycinkę drzew w Brazylii, wydobywanie złota w Peru i ropy w Ekwadorze. W pierwszym Domosławski przedstawia jak interesy nie tylko wielkich koncernów, ale też i różnych światowych przemysłów ogniskują się na tym przepięknym obszarze. Bo musicie wiedzieć, że drzewa w Amazonii wycinają nie tylko lokalni bonzowie, by zdobyć tereny pod hodowlę bydła, nie tylko by wyeksportować drewno dobrej jakości, z którego potem powstają meble, ale też wypala się z nich węgiel drzewny, z którego korzystają lokalne zakłady produkujące stal bądź surówkę. W wielkim skrócie oznacza to, że na 99,9% macie u siebie w domu coś, co zostało wyprodukowane kosztem Amazonii. A także to, że jesteście winni nie tylko dewastacji zielonych płuc Ziemi, ale także śmierci wielu ludzi, którzy zginęli stawiając czoła lokalnym bonzom i międzynarodowym korporacjom, w tym bohaterów reportażu Domosławskiego Marii i José Cláudia. Czujecie się z tym źle? To dobrze, bo tak macie się czuć. 

Rzeźby Loisa Andivalfarei, współczesnego artysty urodzonego w południowym Tyrolu.
Źródło: zottartspace.com


Drugi z tekstów opisuje walkę lokalnej społeczności z amerykańskim koncernem wydobywającym złoto w Peru. Wielki projekt kolejnej kopalni miał zagrozić środowisku naturalnemu poprzez zniszczenie położonych wysoko w Andach przepięknych lagun i zaburzenie gospodarki wodnej. Gdy w grę wchodzą tak ogromne pieniądze, nie obejdzie się i bez polityki. Projekt Conga wspierany był przez rząd peruwiański, a może i amerykański? Organizacje pozarządowe i rdzenni mieszkańcy długo walczyli o zmiany w projekcie, które zminimalizowałyby negatywny wpływ na środowisko. W końcu w protest zaangażowali się lokalni politycy i projekt został zawieszony*.

W trzecim z tekstów Domosławski zabiera nas do Ekwadoru, gdzie w latach 60-tych Texaco rozpoczęło wydobywanie ropy naftowej. Początkowo lokalna ludność była bardzo zadowolona z nowych miejsc pracy czy lepszej infrastruktury. Niestety z czasem okazało się, że w wyniku zatrucia okolicy (koncern naftowy nie zachowywał nawet podstawowych zasad bezpieczeństwa by odpowiednio zutylizować odpady powstałe w procesie wydobywania) coraz więcej osób zapadało na dziwne bądź nieuleczalne choroby. Texaco wycofało się z Ekwadoru na początku lat 90-tych, w żaden sposób nie rekompensując wyrządzonych szkód. Niedługo później, w 1993 roku rozpoczęła się prawna batalia z koncernem, najpierw w USA, a potem w Ekwadorze. Domosławski snuje opowieść wokół osoby ekwadorskiego prawnika, jednej z kluczowych postaci całego procesu. Wyrok zapadł w 2008 roku i nakazywał koncernowi zapłatę najwyższego wówczas odszkodowania. Problem polega na tym, że Texaco (a obecnie Chevron) od lat nie prowadził działalności w Ekwadorze, więc nie było jak wyegzekowawać kary. Obrońcy środowiska nie poddają się i od 8 lat uparcie zakładają sprawy w krajach, w których Chevron prowadzi działalność, próbując uzyskać zasądzoną kwotę. Jak na razie bez zwycięstw. 
Źródło: zottartspace.com


Artur Domosławski serwuje nam niezwykle pesymistyczną wizję świata. Tym bardziej przygnębiającą, że prawdziwą. Ogromne pieniądze, międzynarodowe koncerny, które bezwzględnie wykorzystują dążenie krajów rozwijających się do podniesienia poziomu życia, oszczędzając, gdzie się da, zgarniając większość zysków, politycy i lokalni bonzowie, którzy chcą zdobyć jak najwięcej władzy i majątku. I my, globalni konsumenci w uprzywilejowanej pozycji, którzy nawet nie chcąc przyczyniamy się do niszczenia środowiska naturalnego i śmierci ludzi, którzy pragną je chronić. Nie ma litości, drogi czytelniku, to nie jest przyjemna lektura.

Dlaczego napisałam na początku, że jest to książka niebezpieczna? Wszystkie trzy reportaże napisane są w tonacji czarno-białej, jednoznacznej opozycji źli - dobrzy. Po jednej stronie stoją międzynarodowe koncerny, lokalni bonzowie, politycy i my - konsumenci bogatej Północy, po drugiej - rdzenni mieszkańcy walczący o zachowanie środowiska i naturalnego bogactwa Ameryki Południowej. Problem polega na tym, że świat nie jest tylko dwukolorowy. Po jednej i drugiej stronie muszą być źli i dobrzy, nawet ludzie o szczytnych ideach muszą mieć jakieś wady. W reportażach Domosławskiego brakuje średniaków, ludzi, którzy trochę skorzystali (np. sprzedając ziemię), ale nie do końca zgadzają się na dewastację natury. Nie pojawiają się nawet jako tło. Może taki był zamysł autora, by dobitniej przedstawić racje ekologów. Zresztą nokautuje czytelnika już w pierwszym reportażu, mówiąc, że ma na rękach krew Marii i José Cláudia. Nie jakiś bezimiennych tłumów, ale dwóch konkretnych dobrych ludzi. Tak, to jest szantaż emocjonalny. Są pewnie osoby, które powiedzą, że to zabieg literacki, narzędzie, po które sięga by wstrząsnać i poruszyć. Czy nie jest to jednak rodzaj przemocy? Jak daleko stąd do postawy, kto nie z nami ten przeciwko nam?
Źródło: ladigetto.it


* Ostatnie wieści z kwietnia 2016 roku wyglądają optymistycznie. Máxima Acuña de Chaupe, jedna z bardziej zaangażowanych w protest, otrzymała prestiżową nagrodę dla działających na rzecz ochrony środowiska Goldman Environmental. Amerykański koncern Newton Mining najprawdopodobniej pożegnał się z perspektywą wznowienia projektu. W corocznym raporcie złożonym amerykańskiej Komisji Papierów i Giełd (SEC) koncern zaznaczył, że przy obecnej sytuacji lokalnej nie widzi szans na uruchomienie wydobycia w przewidywalnej przyszłości. (źródło: mining.com)

Ciemność. Nieopowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował, Héctor Tobar

Ciemność. Nieopowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował, Héctor Tobar

2010 rok miał być wyjątkowy w Chile. W styczniu odbywały się wybory prezydenckie a na wrzesień zaplanowano główne obchody dwustulecia rozpoczęcia drogi ku niepodległości. Chociaż nikt nie miał w planach potężnego trzesięnia ziemi w lutym (8,8 w skali Richtera), po którym przyszło tsunami dokonując kolejnych zniszczeń. W lipcu Indianie Mapuche rozpoczęli strajk głodowy przeciwko zastosowaniu wobec nich prawa antyterrorystycznego a w grudniu w Santiago doszło do kolejnej tragedii, gdzie podczas pożaru w więzieniu zginęło 81 osób. Każde z tych wydarzeń z osobna pewnie długo okupowałoby pierwsze strony gazet, ale w 2010 r. media zdominował wypadek w kopalni San Jose i trzydziestkatrójka. Los 33. 

Historia górników, którzy w wyniku zawalenia się kopalni zostali na 69 dni uwięzieni głęboko pod ziemią, należy do gatunku tych, których boimi się najbardziej. Jest pełna lęków spotykanych w najgorszych koszmarach: ciemność, głód, uwięzienie, niemoc wobec potęgi natury czy perspektywa śmierci. Jednocześnie to opowieść o tym, o czym uwielbiamy czytać: walce wbrew statystykom (2% szans na odnalezienie górników), niesamowitej woli przeżycia, wytrwałości i sile, uporze i zaangażowaniu, dumie i poczuciu wspólnoty. I najważniejsze o cudzie, o uratowaniu trzydziestu trzech mężczyzn. 

Héctor Tobar wygrał więc los na loterii. Dostał na wyłączność możliwość opisania wydarzeń, które śledził cały świat, praktycznie napisany już bestseller z wyrazistymi postaciami, happy endem i pełnym wachlarzem emocji. Amerykański dziennikarz w pełni wykorzystał swoją szansę. Dzięki niemu dostajemy do ręki świetnie napisaną historię, bez zbędnych ozdobników i upiększaczy, gdzie główni bohaterowie mają najważniejszy głos. Nie brak tu oczywiście wyczerpującego opisu katastrofy i jej przyczyn, z dołączonym przyzwoitym rysunkiem, który pomaga zwizualizować sobie konsekwencje wypadku. Tobar sięga też po indywidualne historie górników niepostrzeżenie wplatając w nie istotne informacje dotyczące geografii i gospodarki Chile (fantastyczny prolog, w którym przemierzamy wraz z nimi ten długi chudy kraj spotykając po drodze samego Charlesa Darwina). Dzięki temu lepiej można zrozumieć kontekst wydarzeń, które do tej pory znaliśmy jedynie z medialnych szumnych migawek. 

Na zdjęciu Mina Escondida w regionie Antofagasta na północ od San Jose widziana z samolotu. Ogromne odkrywkowe kopalnie prezentują się niezwykle malowniczo pośród piasków Atakamy.
Fot. Piotr Lewandowski







Los trzydziestkitrójki to słodko-gorzka historia. Tobar jej nie upiększa i pokazuje cały medialny cyrk, cynizm polityków, wielkich korporacji, a nawet indywidualnych osób, które starały się jak najwięcej ugrać dla siebie. Nie waha się też przed ukazaniem nieidealnych charakterów samych górników, ich rodzinnych problemów, konfliktów starych i nowych. Odbył kilka podróży do Chile i wiele rozmów, dzięki którym mógł opisać losy trzydziestkitrójki po uwolnieniu, ich zmagania ze stresem pourazowym, uzależnienia, próby odnalezienia się w nowej sytuacji, problemy zdrowotne czy finansowe. Opisuje też ciemniejsze strony historii, o których media już nie tak chętnie donoszą. Mimo katastrofalnych warunków panujących w kopalni ich właściciele nie ponieśli konsekwencji, a wiele z obietnic złożonych górnikom nie zostało dotrzymanych.

„Ciemność” ukazała się w 2014 roku, ale historia górników daleka jest od satysfakconującego zakończenia. W 2015 roku został nakręcony, niestety kiepski, film „33” z Antonio Banderasem w roli charyzmatycznego Mario Sepulvedy. W tym samy roku dziewięciu spośród górników zdecydowało się na wniesienie pozwu przeciw firmie prawniczej oskarżając ją o działanie na szkodę, przez co zostali pozbawieni części dochodów z filmu, książki i seriali telewizyjnych. A pieniądze wciąż są niektórym z nich bardzo potrzebne.*

Hector Tobar napisał reportaż, który wyciska łzy i zmusza do myślenia, a przy tym czyta się doskonale. Prawie ideał.


*Wydawałoby się, że wypadek w kopalni San Jose wyczerpał limit nieszczęść w życiu trzydziestkitrójki i ich rodzin. Niestety, w 2015 roku Copiapo nawiedziła powódź a swój dom i cały dobytek stracił jeden z bohaterów tej historii Victor Zamora.

Ciemność. Nieopowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował, Héctor Tobar, tłum. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Dowody na istnienie, Warszawa 2016.
Czas Kondora. Jak Pinochet i jego sojusznicy zasiali terroryzm na trzech kontynentach, John Dinges

Czas Kondora. Jak Pinochet i jego sojusznicy zasiali terroryzm na trzech kontynentach, John Dinges

To był nijaki dzień w Santiago. Jesień, niby ciepło, ale szaro, buro, smog nad miastem. Monumentalne góry, zazwyczaj na wyciągnięcie ręki, ledwo było widać. Gdy weszłam na teren ogrodu Villi Grimaldi, przywitał mnie niesamowity skrzek papug, które niestrudzone budowały na araukariach swoje gniazda. Czterdzieści lat temu było tu jedno z najważniejszych miejsc tortur chilijskiej tajnej policji politycznej DINA.* A one wciąż się darły, bez cienia pamięci i szacunku. 

John Dinges, wieloletni korespondent w Chile, został najprawdopodobniej przewieziony do Villi Grimaldi po jednym z aresztowań przez policję Pinocheta. Wyszedł z tego cało. To wydarzenie, jak i wiele innych z tamtego okresu, których był świadkiem spodowało, że poświęcił dużo czasu i energii na upublicznienie wielu z tajemnic chilijskiego reżimu. „Czas Kondora” jest przedstawieniem wyników śledztwa dziennikarskiego o wspólnej operacji krajów Ameryki Południowej, której celem było wyeliminowanie politycznych przeciwników oraz roli, jaką w tym wszystkim odegrały Stany Zjednoczone. Amerykański dziennikarz dotarł do wielu niepublikowanych dokumentów, rozmawiał zarówno z byłymi dyplomatami USA jak i prominentami dyktatur wojskowych, ludźmi bezpośrednio lub pośrednio zaangażowanymi we wspólne operacje tajnych służb. Nawiązał kontakt z hiszpańskimi sędziami i prokuratorami, którzy w 1998 r. przyczynili się  do aresztowanie Pinocheta i przeanalizował tysiące dokumentów odtajnionych przez administrację Clintona poświęconych „Operacji Kondor”. 

"El muro de los nombres" - mur upamiętniający osoby zaginione, aresztowane bądź zamordowane w Villa Grimaldi w latach 1973-1978. Sami widzicie jak tam ponuro.
Fot. Piotr Lewandowski


Chciałoby się napisać, że dostajemy do rąk świetnie napisany i niezwykle realistyczny thriller polityczny. Tylko, że to jest literatura faktu. „Operacja Kondor” była porozumieniem przywódców Chile, Argentyny, Brazylii, Urugwaju, Boliwii i Paragwaju o wymianie informacji (faza pierwsza), przekazywaniu sobie więźniów pomiędzy krajami (faza druga) i ściganiu przeciwników politycznych poza Ameryką Południową (faza trzecia). John Dinges nie ogranicza się jedynie do opisania działalności dyktatur Ameryki Południowej, przedstawienia ich niezwykle aroganckiego planu. Odmalowuje nastroje jakie panowały w tamtym czasie na arenie międzynarodowej, strach przed międzynarodowym komunistycznym terroryzmem, opisuje faktyczne działania lewicowych opozycji i bojówek oraz ich propagandowe przedstawienia. Sporo miejsca poświęca zaangażowaniu bądź jego braku ze strony Stanów Zjednoczonych. I nie rezygnuje z surowej oceny działań. Oskarża USA o cynizm i wyrafinowanie, o rozdźwięk między oficjalnym poszanowaniem praw człowieka a faktycznym wspieraniem bezprawia w imię walki z „międzynarodowym terroryzmem”. Za tę pychę przyszło zresztą Stanom Zjednoczonym słono zapłacić, gdy w ramach realizacji fazy trzeciej "Operacji Kondor" doszło do zamachu na ich terytorium, w samej stolicy.**

W Polsce specjalistą od Ameryki Południowej jest Artur Domosławski. Skupia się jednak przede wszystkim na sytuacji wewnątrz kontynentu. Dzięki tej publikacji Czarnego mamy szanse zapoznać się z międzynarodowym kontekstem lat 70-tych, szerzej spojrzeć na zaangażowanie Stanów Zjednoczonych i konsekwencje, jakie za sobą pociągnęło, a gdzieś na marginesie sprawdzić, jakim echem odbijało się to w Europie i zrozumieć prawne implikacje oraz znaczenie aresztowania Pinocheta w Londynie w 1998 r. 

 Jedna z kilku tablic informacyjnych na terenie Villa Grimaldi. "Nunca mas en Chile" to po hiszpańsku "Nigdy więcej w Chile".
Fot. własna


„Czas Kondora” jest w kilku miejscach irytujący. Mimo ogromu pracy i niekwestionowanego zaangażowania Dinges wyniki dziennikarskiego śledztwa przedstawia czasem jako bezsporne fakty, podczas gdy wydają się być raczej prawdopodobnymi hipotezami. Nie szczędzi złośliwości pod adresem Margaret Tatcher i jej przyjacielskich spotkań z Pinochetem na herbatkę. Ciężko też jest się połapać w chronologii pierwszych rozdziałów, czasami przytłacza liczba tak przecież istotnych przypisów. Najbardziej jednak drażni fakt, że książka napisana została w 2003 r., posłowie zahacza o wydarzenia kolejnych dwóch lat, ale polscy czytelnicy są pozostawieni z ponad dziesięcioletnią dziurą czasową, która obfitowała w tak ważne dla tego regionu wydarzenia jak śmierć samego Pinocheta czy niezliczone aresztowania i procesy kolejnych dyktatorów.*** 

Mimo tych kilku drobnych wad jest to fantastyczna lektura. Obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią, polityką międzynarodową, rolą USA na świecie, prawami człowieka czy po prostu porządną literaturą faktu. 

P.S. Dzisiaj Villa Grimaldi to miejsce pamięci od połowy lat 90-tych dostępne dla zwiedzających.

*Dirección de Inteligencia Nacional – Narodowa Dyrekcja Wywiadu, tajna policja reżimu Pinocheta, której zadanie polegało na zbieraniu ze wszystkich możliwych źródeł informacji potrzebnych władzom do prowadzenia polityki. Mogła ponadto dokonywać aresztowań i rewizji bez nakazu sądowego oraz prowadzić niejawną działalność operacyjną. Została upoważniona do posiadania własnych ośrodków odosobnienia działających poza państwowym systemem więziennictwa. Źródło: Chile, Jarosław Spyra, Warszawa 2013. 

** Najgłośniejszą akcją w ramach "Operacji Kondor" było podłożenie bomby w samochodzie Orlando Leteliera byłego chilijskiego ministra spraw zagranicznych w rządzie Salvadora Allende obalonego przez Pinocheta. Do zamachu doszło w Waszyngtonie, gdzie Letelier mieszkał i lobbował przeciwko dyktaturze w Chile. 

*** W miniony piątek, tj. 27 maja 2016 r. sąd w Argentynie skazał byłego dyktatora Reynaldo Bignone za zbrodnie przeciwko prawom człowieka, jakie zostały popełnione podczas "Operacji Kondor". Wyrok bez wątpienia jest przełomowy. Więcej można przeczytać na stronach bbc.com http://www.bbc.co.uk/news/world-latin-america-36403909 .


Czas Kondora. Jak Pinochet i jego sojusznicy zasiali terroryzm na trzech kontynentach, John Dinges, tłum. Tomasz Fiedorek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

Girl in a band, Kim Gordon

Girl in a band, Kim Gordon

 Atom Bomb Sky, New York, William Klein, 1955 r. 

Kim Gordon nie jest zbyt wylewną osobą, bardzo oszczędnie i ostrożnie dobiera słowa. Wywiad z nią musi być dla niektórych ogromnym wyzwaniem, bo na pytania potrafi odpowiedzieć jednym zdaniem albo z rozbrajającą szczerością jeszcze krócej: I don’t know. W swoich wspomnieniach „Girl in a band” bardziej otwiera się przed czytelnikiem, tak jak na scenie jest bardziej odważna. Ani na chwilę jednak nie przekracza pewnej granicy, jest bardzo ostrożna w tym, co pisze o innych i o sobie. Nie znajdziecie w jej książce pikantnych szczegółów z życia z mężem Thurstonem Moorem ani z ich rozstania. Nie ma tam plotek ani głośnych skandali, chociaż można dostać zawrotu głowy od nadmiaru znanych nazwisk i miejsc.  „Girl in a band” to bardzo osobista, niezwykle ciekawa, pełna interesujących postaci opowieść o życiu kalifornijskiej dziewczyny – artystki.

Kim Gordon dla większości czytelników powinna być znana ze swojej muzycznej działalności . Na początku lat 80-tych założyła razem z Thurstonem Moorem Sonic Youth, zespół w kręgach fanów muzyki alternatywnej wręcz kultowy.* Trudno się zresztą dziwić, skoro grali przez dobre trzydzieści lat nie wydając chyba ani jednej słabej płyty. Sonic Youth to kawał życia i twórczości Kim, ale bynajmniej nie jedyna aktywność, jakiej poświęcała swój czas. Wychowana w słonecznej Kalifornii, w mieszczańskim domu, nie miała jednak łatwo. U jej brata dość późno zdiagnozowano schizofrenię, a wspólne dzieciństwo pozostawiło głęboki ślad. Kim wcześnie zaczęła interesować się sztuką, studiowała w Kalifornii i w Kanadzie. Na początku lat 80-tych przyjechała do Nowego Jorku, bo tam można było naprawdę być artystą. Nigdy nie zrezygnowała do końca ze swojej pozamuzycznej działalności, chociaż były okresy, w których ją ograniczała. Jej zainteresowania i to jak bardzo była związana ze sztuką wizualną widać chociażby w okładkach płyt Sonic Youth. Nie ma wśród nich żadnej przypadkowej, ale po konkretne historie koniecznie zajrzyjcie do książki. Kim podkreśla zresztą, że często bieżące zainteresowania jej i Thurstona miały ogromny wpływ na całość płyt ich zespołu.** 

Instalacja Kim Gordon „Design Office: The City Is A Garden” w nowojorskiej 303 Gallery

Przez strony „Girl in a band” przewija się tyle znanych osób, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Od ludzi związanych ze sztuką, których poznała jeszcze w Kalifornii, po gwiazdy popkultury mieszkające w Nowym Jorku. Nawet jeżeli nie interesujecie się muzyką i nie macie pojęcia o Sonic Youth na pewno znajdziecie przynajmniej kilka znanych wam nazwisk. Miłośnicy sztuki uśmiechną się przy anegdocie o Jeffie Koonsie, fashionistki będą zazdrościć przyjaźni z Marciem Jacobsem czy ciuchów od Patricii Field (kostiumografki „Seksu w wielkim mieście”), miłośnicy filmu z zainteresowaniem dowiedzą się o znajomości z Sofią Coppolą czy Spike’m Jonse’m. Znajdzie się też coś dla fanów popkultury, bo Kim wystąpiła w serialach „Gossip Girl” i „Gilmore Girl”. To co jednak jest najbardziej interesujące, to jej spostrzeżenia i przemyślenia. Gordon jest niezwykle wrażliwą i bystrą obserwatorką. Stawia interesujące pytania o sztukę, muzykę, rolę artysty. Zastanawia się, co to znaczy być kobietą i matką w bardzo zmaskulinizowanym przemyśle muzycznym czy świecie sztuki. Otwarcie i szczerze pisze o tym, jak szukała swojego w nich miejsca. To, co mnie ogromnie ujęło i co sprawia, że z pewnością będę wracać do fragmentów tej książki jest to, że Kim nie udaje, że zna wszystkie odpowiedzi. Jak w wywiadach rozbrajająco mówi, że nie wie. Albo po prostu pozostawia znaki zapytania.  

Po tę książkę powinni sięgnąć wszyscy, których ciekawi amerykańska kultura i którzy lubią ciekawe i nieoczywiste życiowe obserwacje.

W marcu ukazało się polskie wydanie książki Kim Gordon „Dziewczyna z zespołu” w tłumaczeniu Andrzeja Wojtasika w Wydawnictwie Czarne.


*Sonic Youth zagrali w Polsce raz w 2007 roku na Heineken Opener Festival w Gdyni.
** W 1987 r. Kim i Thurston zaczytywali się w Philipie K. Dicku. To postać jego zmarłej siostry zainspirowała ich do zatytułowania kolejnego albumu Sonic Youth „Sister”. Na całej płycie jest zresztą więcej odniesień do jego twórczości, jak choćby w tytułach piosenek („Schizophrenia”).

Źródło zdjęć: www.artnet.com, www.303gallery.com

Po lekturze - Gottland, Mariusz Szczygieł

Po lekturze - Gottland, Mariusz Szczygieł

Inne Czechy

Pisanie recenzji 10 lat po tym, jak ukazało się pierwsze wydanie „Gottlandu”, wydaje mi się wyjątkowo nieodpowiednie.  Podzielę się więc z Wami innymi Czechami, które poznałam bądź wyciągnęłam z pamięci dzięki książce Mariusza Szczygła.  Będzie o turystyce, muzyce i fotografii.

W butach Bata pływasz jak boso
Ich buty znają wszyscy. Zaczynali skromnie jako rodzinne przedsiębiorstwo pod koniec XIX w. w czeskim Zlinie. Dzięki pomysłom i zaradności odnieśli ogromny sukces. Zaczęli robić buty z płótna. Stali się globalnym przedsiębiorstwem i przetrwali nawet czasy komunistyczne w Europie Wschodniej odbudowując firmę poza granicami Czechosłowacji. Dziś główna siedziba Baty mieści się w szwajcarskiej Lozannie.

Batowie mieli wiele pomysłów, które nie ograniczały się jedynie do masowej produkcji obuwia. Mariusz Szczygieł świetnie opisuje te bardziej zwariowane (założenie Leśnego Cmentarza w Zlinie) i te bardziej racjonalne (budowa miasta dla robotników czy założenie Akademii Handlowej). Jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję odwiedzić Morawy, koniecznie zajrzyjcie nad Baťův kanál. Wybudowany w latach 1934-1938 w połowie został sfinansowany przez przedsiębiorstwo Bata, w połowie zaś przez Ministerstwo Spraw Socjalnych w ramach walki z bezrobociem. Oczywiście, jego budowa miała racjonalne przesłanki: uregulowanie stanu wód gruntowych i stworzenie drogi transportowej  dla dostaw węgla do fabryki w Otrokovicach. Kanał miał też być częścią czegoś większego – początkowym etapem drogi wodnej łączącej Dunaj z Odrą. Baťův kanál ma ok. 50 km długości i jest dzisiaj atrakcją turystyczną regionu. Można popłynąć nim w kilkugodzinny rejs statkiem turystycznym, można wynająć małą barkę i z rodziną pływać kilka dni, niektórzy decydują się na łowienie ryb, fani techniki zwiedzają liczne śluzy, a Ci bardziej aktywni pedałują wzdłuż po ścieżce rowerowej. Idea wielkiego kanału Dunaj-Odra do dziś nie została zrealizowana, ale pozostaje wciąż żywa. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej, zajrzyjcie na oficjalną stronę http://www.d-o-l.cz/index.php/pl


Baťův kanál pod koniec lat 30. XX wieku. 
Źródło: www.d-o-l.cz


Padni na kolena před jeho laskou
W reportażach Mariusza Szczygła jest dużo o muzyce, a właściwie o czeskich piosenkarkach i piosenkarzach. Niezwykle poruszająca jest  historia Marty Kubišovej, która padła ofiarą prowokacji służb specjalnych pod koniec lat 60. Lepiej powodziło się jej koleżance Helenie Vondráčkovej. Czeska prasa brukowa, już po upadku komunizmu uznała, że daje jej to prawo do wyciągania i wymyślania przeróżnych historii na temat piosenkarki. W Polsce chyba najbardziej znanym czeskim utworem był jej „Malovaný džbánku”. Czy słyszeliście kiedyś „Dvě malá křídla tu nejsou” Vondráčkovej? Jesteście pewni, że nie? „Dvě malá křídla..” to nic innego jak czeska wersja amerykańskiego przeboju „Killing me softly” Roberty Flack. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych a nawet i osiemdziesiątych takie utwory cieszyły się w Czechosłowacji niesamowitą popularnością. Z jednej strony słuchacze wiedzieli co piszczy w muzyce poza żelazną kurtyną, z drugiej nie mieli problemu ze zrozumieniem, o czym są zagraniczne hity. Dodatkowo  wszystko miało twarz i głos znanych i lubianych domowych muzyków. Wśród Polaków niektóre z czeskich wersji wywołują śmiech, bezsprzecznie największy wersja hitu Janis Joplin „Padni na kolena před jeho laskou” w wykonaniu Evy Pilarovej. Link do youtube’a z tą i innymi piosenkami znajdziecie tutaj http://novinka.pl/who-the-f-is-alenka-czyli-czeskie-wersje-znanych-hitow/

Współczesnym czeskim zespołem wartym polecenia jest duet DVA. Może udało już się Wam trafić na ich koncert, bo dość często grają w Polsce i można ich było zobaczyć np. na OFF festiwalu. Jeżeli jeszcze ich nie znacie, podrzucam poniżej tytułowy utwór z ich ostatniej płyty „Nipomo”. Muzyka DVA wymyka się wszelkim definicjom, sami określają ją bardzo dziwnie. Najciekawsze jest zaś to, że większość swoich utworów wykonują w wymyślonym przez siebie języku. Wywiad z zespołem i recenzje ich płyt możecie przeczytać na Popumusic.



Jeżeli chcecie trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co piszczy w czeskiej muzyce, zaglądajcie koniecznie na facebooka do Pyzy Wędrowniczki.

Disaster, 1939
Gdy czytałam „Gottland”, przypadkiem natrafiłam na zdjęcie Eugena Wiškovskiego z 1939 roku „Disaster”. Zaciekawiło mnie, zaniepokoiło i zostało ze mną do końca lektury. Najlepszy okres twórczości  Wiškovskiego przypadł na lata 20. i 30. XX wieku. Jak wielu z bohaterów reportaży Mariusza Szczygła po przewrocie komunistycznym wycofał się z czynnego życia kulturalnego. Zapomniany na lata został ponownie odkryty w latach 60. Jego fotografie są niezwykłe, uwieczniają proste, geometryczne formy, które odnajdował na każdym kroku w otaczających go przedmiotach. Eugen Wiškovský jest jednym z kilkanastu wybitnych czeskich fotografów XX wieku. Inne znane nazwiska to Frantisek Drtikol, Jaromir Funke, Josef Koudelka czy Pavel Štecha (jego zdjęcia możecie znaleźć w środku „Gottlandu”). Po więcej możecie zajrzeć na bloga PHOTODOCUMENT & pinehole o fotografii alternatywnej.

Eugen Wiškovský, Disaster, 1939
Źródło:pineholeandphotodocument.blogspot.com
A jakie są Wasze Czechy?




Copyright © 2016 Niekoniecznie Papierowe , Blogger